Ako Jo Danzetsu



Dark Rael - So maja 06, 2006 12:40 pm
Rozpoczynam cykl opinii o klasycznym kinie japonskim. Jako ze w temacie jestem zielony, nie beda to recenzje tylko moje wynurzenia na temat tego co zobaczylem. Mam nadzieje, ze nasz naczelny filozof wskaze wszelkie glupoty jakie w tych opisach sie znajda.

Legenda o 47 roninach, ktorzy o obronie honoru swego pana na wlasna reke dochodzili sprawiedliwosci, wiedzac, ze kara za to jest smierc, jest dosyć znana. Byc moze to nawet najslynniejsza historia z okresu Szgunatu Tokugawa. Dzisiejszemu czlowiekowi moze sie wydawac dziwna, moze nawet niedorzeczna, ale ona wlasnie dobrze pokazuje kim byli samurajowie i jak wiele znaczyl dla nich honor.

Tu będzie synopsis...

Oczywiscie po obejrzeniu tego filmu wielu widzow stwierdzi, ze dzis takie metody dochodzenia sprawiedliwości uznanoby by za barbarzyńskie, ale w tamtych czasach to była norma i to nie tylko w Japonii. Żeby nie szukać daleko, nasz Książe Jeremi Wiśniowiecki pięćdziesiąt lat wcześniej nabijał na pale Ukraińców, a oni mu odpłacali tym samym. Prawa Szogunatu Tokugawa, były jednak bardzo surowe i sprawa wydawałoby się błaha, która u nas nie miałaby takich konsekwencji, w Japonii tamtego okresu urosła do rangi zorganizowanego buntu. Dla samuraja bowiem honor znaczył więcej niż życie, i dla honoru je chętnie i godnie oddawał. Gdyby niesprawiedliwie osądzeni nie byli oddani kodeksowi bushido, Kira Yoshihisa zostałby zapewne po cichu zlikwidowany, ale prawdziwi samurajowie nie postępowali w ten sposób. Ich honor nakazywał ukarać, uniewinnionego przez Szoguna, Yoshihise, ale musieli zrobić to otwarcie, bo tylko w ten sposób mogli oczyścić honor swego pana. Wiedzieli, że za to czeka ich śmierć z własnej ręki, ale to miało dla nich niewielkie znaczenie...

O samym filmie wiele nie napiszę, nie znam się na historii Japonii, nie odniosę się więc do tego jak wiernie film oddaje tę legendę. Nie wiem też jak dobrze odwzorowano ten okres na ekranie, z uwzględnieniem strojów, architektury, broni, stylów walk i obyczajów. Bazując na mojej skromnej wiedzy mogę stwierdzić, że jest to zrobione bardzo dobrze i z dużą szczegółowością. Widać, że filmowi nie brakuje rozmachu, bogactwo scenograficzne jest ogromne i cała oprawa wizualna robi spore wrażenie i widać że na ten aspekt produkcyjny nie szczędzono środków.

Osobiście mam jednak zastrzeżenia do muzyki. Film ma już swoje lata i napisano do niego muzykę w odpowiadającą stylem tamtemu okresowi w muzyce filmowej. Jednym słowem jest przedramatyzowana i dodaje całemu filmowi sztuczności. Podobnie jest z grą aktorską. Przy czym nie chodzi mi o to że te elementy są złe, to sprawa mojego gustu. Sam cenię naturalną grę aktorską, bez nadmiernego patosu i muzykę, która nie próbuje sztucznie dodawać dramatyzmu. To jednak ocena europejczyka, który był smarkaczem kiedy film powstawał i mało wie o tamtym okresie historycznym oraz tradycjach, więc chciałbym, aby czytający tę recenzję przyjął te uwagi z ostrożnością.

Oglądając pierwsze sceny ‼Ako Jo Densetsu” nie byłem do tego filmu przekonany, kojarzył mi się z kinem kostiumowym o niewyszukanej fabule. Jednak im dalej się w nią zagłębiałem, tym bardziej mnie wciągała. Pod koniec wiedziałem, że film ten nie należy do przeciętnych. Prawdopodobnie dziełem wybitnym nazwać go nie można, ale opowiada bardzo ciekawą historię, która przekazana nawet skromnymi środkami wyrazu, nadal robiłaby mocne wrażenie i poruszała do głębi. Mimo iż działo się to 300 lat temu, do dziś pamięć o 47 samurajach z legendy otaczana jest czcią w Kraju Kwitnącej Wiśni. Na pewno warto tę historię poznać, ponieważ świetnie obrazuje co honor znaczył dla samuraja i co ten ostatni był gotów dla niego poświęcić.

Edit: jedna wada mi sie przypomniala, operator kamery wydawal sie troche jakby byl amatorem, ruchy kamery sa gwaltowne i nierowne, co mnie bardzo dziwwi bo ogolnie jest chyba porzadnie zrobiony.

I jeszcze ciekawostka, ten rezyser zrobil battle royale...




argentum_astrum - So maja 06, 2006 4:49 pm
Pragnę dorzucić kilka własnych komentarzy:
1) Historia o 47 roninach mszczących wymuszoną samobójczą śmierć własnego pana jest jedną z najważniejszych opowieści kształtujących charakter narodowy Japończyków na przestrzeni ostatnich 300 lat. W Japonii znana ona jest pod tytułem "Chushingura" i funkcjonuje w setkach sztuk pisanych dla teatrów bunraku i kabuki oraz w dziesiątkach ekranizacji. W kinie japońskim pojawiła się już u samych jego początków (pierwsza ekranizacja - 1913 r.). O tym wszystkim nie możemy zapominać.
2) W zw. z tym - jako, że jest to historia WYBITNIE japońska - wydaje mi się, iż człowiekowi Zachodu o wiele łatwiej jest pisać o stronie czysto filmowej dzieła Fukasaku, niż o samej historii (dla nas w końcu obcej i hermetycznej).
3) Co do samego filmu: hmm... muzyka to faktycznie rzecz gustu, wszakże Tsushima Toshiaki współpracował od wielu lat z Fukasaku i pisał muzykę do wielu jego filmów (m.in. do słynnej serii o yakuzie pt. "Jingi naki tatakai") - widać z jakichś względów sobie odpowiadali. Na marginesie dodam, iż fragment muzyki z innego filmu Fukasaku ("Yagyu ichizoku no inbou" - dzieło naprawdę świetne, polecam!) znalazł się w ścieżce dźwiękowej do... pierwszej części "Kill Billa" Tarantino!
4) Nie zgodzę się natomiast z Twoją Raelu oceną zdjęć, które są - w moim odczuciu - bardzo dobre. Film zresztą został nominowany do nagrody Japońskiej Akademii Filmowej za rok 1979 właśnie w kategorii najlepszych zdjęć. Klasa zdjęć nie powinna nas zresztą dziwić, jeżeli uświadomimy sobie, iż ich twórcą był Miyajima Yoshio, który ma na swoim koncie zdjęcia do tak doskonałych dzieł, jak cykl "Ningen no joken", "Kwaidan", czy "Harakiri" Kobayashiego lub "Ai no borei" Oshimy. ("Kwaidan" był zresztą nominowany do oskara za rok 1964 i otrzymał nagrodę na festialu filmowym Manichi m.in. właśnie za najlepsze zdjęcia autorstwa Miyajimy).
5) Szkoda Raelu, iż nie zauważasz wspaniale przepysznej scenografii i kostiumów, które robią duże wrażenie - to przecież dzięki nim zachodni widz może sobie pooglądać Japonię epoki genroku w całej okazałości.
6) Co do aktorstwa. Warto odnotować pojawienie się (jedno z niewielu "poważnych") gwiazdora filmów klasy C - Sonny Chiby. Niezła jest też kreacja Nakamury Kinnosuke w roli Ohishi (a aktor był to przedni - zasłynął świetnymi kreacjami w filmach jidai-geki z lat 50. i 60.). Warto też wspomnieć, iż rola Mifune Toshiro nie jest jego debiutem w filmowej wersji Chushingury. Po raz pierwszy bowiem zagrał już epizodyczną role w wersji Inagakiego Hiroshi z roku 1962 (która zresztą, moim zdaniem, jest o klasę lepsza od omawianej wersji Fukasaku).
7) Kończąc chciałbym tylko zauważyć, iż omawiając filmową (czy jakąkolwiek inną) wersję Chushingury potrzebna jest nam, ludziom Zachodu, specjalna uwaga i dużo pracy ze względu na obfitość różnego rodzaju dzieł kultury japońskiej z nia związanych oraz jej znaczenie dla mentalności mieszkańców Nipponu.

Ażeby służyć drobną wskazówką dla zainteresowanych pozwolę sobie wymienić tytuły czterech ekranizacji Chushingury, które w opinii samych Japończyków uchodzą za godne uwagi i polecenia:
- "Genroku Chushingura", reż. Mizoguchi Kenji, 1941 (czarno-białe, klasyczne i wysmakowane ujęcie jednego z ojców kina japońskiego; nieznane na Zachodzie do r. 1979)
- "Chushingura". reż. Inagaki Hiroshi, 1962 (pierwsza kolorowa wersja wyreżyserowana przez znakomitego twórcę filmów historycznych mającego na swoim koncie m.in. nagrodzonego w 1954 roku oskarem "Samurai: The Legendo of Musashi Miyamoto" z Mifune w roli tytułowej)
- "Ako jo danzetsu" - czyli tytuł omawiany
- "Shijushichinin no shikaku", reż. Ichikawa Kon, 1994 (jedna z ostatnich wielkich prób zmierzenia się z historią o 47 wiernych roninach podjęta przez żywą legendę japońskiej reżyserii - omawianie twórczości Ichikawy nie miałoby w tym miejscu żadnego sensu...)
Powstało naturalnie o wiele więcej filmowych wersji Chushingury (łącznie z 52 odcinkowych serialem telewizyjnym), niemniej ich jakość artystyczna i techniczna bywała różna. Co do ww. pozycji, to są one naprawdę niezłe, obejmują okres 50 lat kina japońskiego, są dziełami świetnych reżyserów i można na ich przykładzie zobaczyć jak zmieniała się zarówno techniczna jak i estetyczna strona podejścia do historii wiernych samurajów pana Asano (wiem o czym piszę, gdyż wszystkie wymienione filmy dobrze znam).
Zachęcam gorąco do oglądania!



Dark Rael - So maja 06, 2006 5:12 pm
Jesli chodzi o zdjecia chodzi mi wylacznie o aspekt samego krecenia, po prostu ruchy kamery sa czasem niezgrabne, kamera kreci stale ujecie i wykonuje zbyt duze przemieszczenia, jakby byla w rekach niewprawnego operatora.


Szkoda Raelu, iż nie zauważasz wspaniale przepysznej scenografii i kostiumów, które robią duże wrażenie - to przecież dzięki nim zachodni widz może sobie pooglądać Japonię epoki genroku w całej okazałości.

Alez zauwazam tyle ze pisze o tym krotko: 'Bazując na mojej skromnej wiedzy mogę stwierdzić, że jest to zrobione bardzo dobrze i z dużą szczegółowością. Widać, że filmowi nie brakuje rozmachu, bogactwo scenograficzne jest ogromne i cała oprawa wizualna robi spore wrażenie i widać że na ten aspekt produkcyjny nie szczędzono środków.'

Sonny chiba gra w kill billu Ciekawie wyszedl w omawianym filmie, choc za duzo tu nie gra

Powinienem zdaje sie jeszcze wspomniec o scenach walki pod koniec, robia spore wrazenie.

Skorzystam z tych uwag i dzieki za zwrocenie uwagi na inne wersje tej historii, o czym oczywiscie wspomne w tekscie.