Poniedziałek



Dark Rael - Cz lut 02, 2006 1:44 pm
„Ale kino” co i raz prezentuje ciekawe filmy japońskie. Najpierw był cykl filmów Takeshi Kitano, niedawno mieliśmy okazję oglądać „Dziewiętnaście”, a teraz „Poniedziałek”, który znów wraca wiarę w to, że kino Kraju Kwitnącej Wiśni nie jest takie tandetne jakby się mogło wydawać. Co prawda twórca tego obrazu Hiroyuki Tanaka był bardzo zapatrzony w produkcje Quentina Tarantino, ale przeniesienie amerykańskich pomysłów mistrza na grunt japoński udało się reżyserowi bardzo sprawnie zrealizować.

Młody urzędnik Koichi Takagi, wiedzie szare, zwykłe życie człowieka, który nigdy niczego wielkiego nie osiągnie, ani nic nie będzie znaczył. Założyłby zapewne typową japońską rodzinę, otrzymałby kilka awansów i dożyłby spokojnej emerytury, gdyby nie jedno, wydawałoby się błahe zdarzenie. Tego jednak nie mógł sobie przypomnieć, kiedy skacowany obudził się w nieznanym mu pokoju hotelowym pewnego poniedziałkowego poranka. To co się zdarzyło poprzedniego wieczora zaczęło powracać jak fala okropnego koszmaru, w który nasz szary urzędnik nigdy by nie uwierzył, gdyby nie niezbite dowody, pojawiające się przed nim jak zjawy ze złego snu. Przez jednego bossa Yakuzy, który postawił mu drinka, teraz mówi o nim cała Japonia, a jego ujęciem ma się zająć oddział policji do zadań specjalnych...

Ten film prezentuje specyficzny rodzaj czarnego humoru, połączonego z wyśmiewaniem schematów kina komercyjnego klasy B, tak charakterystyczny dla produkcji Tarantino. Fani jego filmów natychmiast odkryją kilka nawiązań do nich, wśród nich najbardziej chyba rzuca się w oczy twist w wykonaniu głównego bohatera i dziewczyny szefa mafii. Tu jednak widzimy urzędnika w okularach, który dodatkowo jest nieźle zawiany, co daje efekt nawet ciekawszy niż u Tarntino. Wyśmiewanie schematów również stoi tu na wysokim poziomie, od totalnej kpiny z Yakuzy, poprzez motyw pisania testamentu, aż po scenę, w której bohater, jak w typowych filmach z Hollywood wygłasza wielką mowę na temat moralności i używania broni, co kończy się w filmie reakcją tak przebarwioną, że w perfekcyjny sposób ukazuje jej bezsensowność, czyniąc z niej również świetną kulminację fabuły. Ogólnie należy powiedzieć, że scenariusz i reżyseria są mocnymi punktami filmu. Stopniowe budowanie klimatu od zera, wraz z przypominaniem kolejnych zdarzeń przez głównego bohatera, wykonane jest bardzo dobrze i coraz bardziej wciąga wraz z kolejnymi scenami. Łatwo nam się wczuć w sytuację głównego bohatera, który z minuty na minutę dowiaduje się o swoim coraz gorszym położeniu, jednocześnie nie mogąc uwierzyć, że to wszystko zrobił on, zwykły, szary Japończyk, który po prostu wypił trochę więcej niż zwykle.

Film ma oczywiście kilka wad, które być może są jedynie wynikiem różnic kulturowych. Początkowo film wydaje się nudny. Przydługie sceny, które niewiele wnoszą, nie do końca zrozumiały humor. Ale w pewnym momencie, kiedy już widzimy do czego zmierza reżyser i odnajdujemy elementy charakterystyczne dla stylu Tarantino, zaczyna robić się ciekawie, i tak jest już właściwie do końca, choć scena z wielką mową Koichiego, nie musiała być taka długa.

Jeśli mielibyśmy porównywać „Poniedziałek” do „Pulp Fiction”, ten pierwszy rzecz jasna przegrywa. Nie dzieje się w nim tak wiele i nie każda scena ma taką moc jak w dziele Tarantino. Są tu momenty nudne, ale w kilku scenach reżyser Tanaka dorównuje kunsztem Quentinowi Tarantino. Czy wnosi coś od siebie? Oczywiście, choć w niewielkim stopniu, elementy charakterystyczne dla Japonii oraz mały motyw nadprzyrodzony, który nawiązuje do typowej japońskiej niskobudrzetowej filmowej tandety. Nie jestem pewien czy ten dodatek był tu potrzebny, ale filmu raczej nie zepsuł. Tak czy inaczej warto go obejrzeć, jest moim zdaniem jednym z ciekawszych filmów obecnego kina japońskiego jakie widziałem, choć znawcą w tej dziedzinie na pewno nie jestem. Dla fanów stylu Tarantino film ten może okazać się niezłym dodatkiem, aczkolwiek nie tak wybitnym.

ARTYKUł NALEżY DO SERWISU AZUNIME. WYKORZSTYWANIE BEZ ZGODY AUTORA ZABRONIONE.




XRay - Cz lut 02, 2006 4:58 pm

Początkowo film wydaje się nudny

O przepraszam, ale motyw z ostatnim pożegnaniem i rozrusznikiem, choć na początku, jest wg mnie najlepszy z tego filmu (no jeszcze pisanie testamentu mu dorównuje)

A tak a'propos to namierzam się na "Densha Otoko", tyle się o tym mówi - może warto zobaczyć ?



Dark Rael - Cz lut 02, 2006 6:17 pm
Zdradzę tu pewną tajemnicę, umknęło mi piec poczatkowych minut filmu, bos my sie z bratem zagapili na 79 odcinek inuyashy Wiec rozrusznika nie widzialem, a ostatnie pozegnanie, no jakos mnie tak nie bardzo zachwycilo, ale ogolnie bylo kilka momentow takich nijakich na poczatku.

Przyznam, ze nie jestem na czasie i pierwsze slysze o tym tytule.



argentum_astrum - Cz lut 02, 2006 6:24 pm

wraca wiarę w to, że kino Kraju Kwitnącej Wiśni nie jest takie tandetne jakby się mogło wydawać.
Zaraz, zaraz... na jakiej podstawie mogłoby się wydawać, iż kino rodem z Nipponu jest tandetne? Czy nie jest to aby stwierdzenie nieco niefrasobliwe, czy wręcz krzywdzące...? Przydałoby się też jakieś sensowne uzasadnienie tak mocnej tezy, czyż nie ?




Dark Rael - Cz lut 02, 2006 8:21 pm
Hmm moze i wypadaloby to uzasadnic, kiedys widzialem dokument o dzisiejszej japonskiej kinematografii i przyklady filmow jakie tam pokazano byly zalosne, po drugie widzialem ze trzy horrorki japonskie, podobno wysokiej klasy, ktore byly beznadziejne, a juz taka ksiezniczka yuki to byl szczyt. Wczesniej byl Kurosawa i moze rzeczywiscie powinienem dopisac 'dzisiejsze'. Ale byly takze godzille, moze komus sie to podobalo, ale spogladajac obiektywnie to byla zenada, szczyt tandety.

Dlatego takie zdanie, a nie inne. Kitano jest niezly, ale to nadal trudno nazwac kinem ambitnym. Napisalem zreszta, ze sie nie znam, ale na podstawie tego co ogladalem wysnuc moglem tylko taki wniosek. Zapewne jestesmy karmieni glownie tania komercja, a rzeczy wartosciowe nas omijaja, jednak chyba trafilbym do tej pory na cos ciekawego.

Czy to krzywdzace? ostatecznie temu wlasnie zaprzeczylem, wiec nic strasznego sie nie stalo. Recenzja zostanie jeszcze poprawiona, to jest wersja probna.

Czuje sie niepewnie na polu aktoskich filmow japonskich, dlatego bardzo jestem wdzieczny za uwagi i poprosilbym o liste jakichs filmow z ostatnich 15 lat, które bylyby rzeczywiscie ambitne, oryginalne i na swiatowym poziomie, zebym sie mogl doksztalcic.



argentum_astrum - Pt lut 03, 2006 3:38 pm

Czuje sie niepewnie na polu aktoskich filmow japonskich, dlatego bardzo jestem wdzieczny za uwagi i poprosilbym o liste jakichs filmow z ostatnich 15 lat, które bylyby rzeczywiscie ambitne, oryginalne i na swiatowym poziomie, zebym sie mogl doksztalcic.
Hmm... mam w swojej kolekcji 53 filmy japońske (aktorskie) z ostatniego półwiecza. Kolekcjonując je przez ostatnie lata starałem się, aby były one przykładami tego, co naprawdę wartościowe w "żywej" kinematografii japońskiej. Sadzę też, iż wyrobiłem sobie na ich podstawie jakieś zdanie na temat możliwości japońskiego kina (nie pretendując bynajmniej do miana fachowca w tej dziedzinie). Dlatego właśnie tak "gorąco" zareagowałem na ów fragmencik z Twojej recenzji szanowny Adminie. Co do listy, o której wspominasz... Z oczywistych względów polecić mogę jedynie to co mam bądź widziałem - choć oczywiście pozostaje MORZE produkcji, których nie widziałem, a powinienem...
Chciałbym wszakże wskazać pewien charakterystyczny błąd, który niezmiernie często popełniają Polacy mówiący o kinie z Kraju Kwitnącej Wiśni. Chodzi mianowicie o permanentną redukcję wybitnych reżyserów do dwóch postaci: Kurosawy i Kitano, przy jednoczesnym zapominaniu o innych wybitnych osobistościach. Mówiąc kolokwialnie: ludzie! nippońskie kino to kupa innych równie wspaniałych postaci! A gdzie GENIALNY Kobayashi Masaki? A gdzie Teinosuke Kinugasa? A gdzie Oshima Nagisa? A gdzie Shinoda Masahiro? A gdzie Yamada Yoji? A gdzie Imamura Shohei?
Wiem, wiem... dla wielu osób to tylko nazwiska, niemniej są to nazwiska NAPRAWDĘ wspaniałych reżyserów, których filmy mogę z czystym sumieniem polecić wszystkim osobom zainteresowanym japońskim kinem. Wiem o czym piszę, gdzyż mam po kilka fimów każdego z ww. reżyserów we własnej kolekcji i nie żałuję ani jednej godziny spędzonej na ich oglądaniu. Polecam więc poszukanie kilku ich dzieł pomiędzy jedną a drugą serią anime pobieraną z internetu... Zapewniam, iż sie, drogi Adminie, nie zawiedziesz...



Dark Rael - Pt lut 03, 2006 5:40 pm
Tamto zdanie oczywiscie zmienie, nie moge pisac o czyms czego praktycznie nie znam, to bylby niewybczalny blad. Wiec zgadza sie to co napisalem, u nas prezentuje sie filmy wylacznie wybranej garstki, a innych sie pomija.
Kolejna sprawa, wlasciwie nie powinienem zabierac sie za recenzowanie filmow japonskich, skoro znam ich tak niewiele. kiedy zaczyalem myslec o tej stronie, wiedzialem ze powinienem obejrzec 100 roznych anime zanim bede mial prawo je opisywac, wytrzymalem do osiemdziesieciu . Musze wiec brac pod uwage to, ze w tej chwili piszac o jakims filmie, bede poruszal sie po omacku, wiec mysle ze moze powinienem sie wstrzymac narazie z pisaniem, dopóki nie poznam przynajmniej najwazniejszej klasyki, co predko chyba nie nastapi. Jedno jest pewne jezeli jednak bede juz teraz o czyms pisal, bede robil to ostrozniej, na szczescie mam pod reka kogos kto uchroni mnie przed wstawieniem na strone jakiejs totalnej glupoty



Gość - Pt lut 03, 2006 5:58 pm

na szczescie mam pod reka kogos kto uchroni mnie przed wstawieniem na strone jakiejs totalnej glupoty
Noo... z tym "pod ręką" tobym nie przesadzał Chyba raczej "w zasięgu klawiatury"...



Pottero - Pn lut 06, 2006 11:34 pm
Ja również uważam film za niezły. Obejrzałem go przede wszystkim jako ciekawostkę do filmów Tarantina, których jestem zagorzałym fanem. Popieram opinię Raela, że na początku trochę bije nudą, ale już po chwili wszystko się rozkręca. Scena na pogrzebie to po prostu takie małe arcydzieło, chyba nawet sam Mistrz Tarantino czegoś takiego by nie wymyślił (a trzeba przyznać, że pomysłów mu nie brak).
Także nie jestem znawcą japońskiej kinematografii, ale – podobnie jak Rael – mam raczej niepochlebną ocenę o japońskich produkcjach ostatnich lat. Powód? Chyba słaba ich dostępność u nas. No bo co tutaj mamy? Przeważnie horrory, w których to zawsze straszy się nas duchem dziecka, cieknącą wodą i czymś wyłażącym z telewizora, poza tym filmy Takeshiego Kitana... Niestety, brak dystrybutorów powoduje, że wielu Polaków uważa japońskie kino za niezbyt ambitne. Niby Anime-Gate ma wydawać filmy aktorskie, ale czuję, że będą to chałowate kino akcji typu „Casshern”. Jeżeli miałbym wymienić kilka ambitniejszych pozycji ostatnich lat, wymieniłbym wśród nich „Poniedziałek”, ale poza tym prezentowane niedawno „Dziewiętnaście” czy „Battle Royale” (mówcie co chcecie, ja uważam, że pomimo przerysowania i wielu scen akcji, jest filmem w miarę ambitnym). Kitano? Filmy dobre, ale to raczej typowa rozrywka. O horrorach już chyba mówiłem, żadnej komedii japońskiej chyba nie pamiętam... Podobnie sprawa ma się z dramatami. Są oczywiście też filmy „nieambitne”, które mi się spodobały, np. „Ame agaru”, ale na chwilę obecną nie mogę sobie więcej przypomnieć. Ponieważ niewiele jest u nas nowych filmów japońskich, mnie cieszy wydawanie na DVD filmów Kurosawy. Jakby nie patrzeć, na chwilę obecną na naszym rynku jest co najmniej dwanaście jego filmów („Dō desu ka den”, „Niebo i piekło”, „Piętno śmierci”, „Pijany anioł, „Ran”, „Rudobrody”, „Sanjuro: Samuraj znikąd”, „Siedmiu samurajów”, „Straż przyboczna”, „Tron we krwi”, „Ukryta forteca”, „Zbłąkany pies”), a ja z tego powodu mogę klaskać uszami, bo jego filmy bardzo lubię (do tego stopnia, że „Tron we krwi” stał się tematem mojej pracy na maturę).



argentum_astrum - Wt lut 07, 2006 2:54 am

Są oczywiście też filmy „nieambitne”, które mi się spodobały, np. „Ame agaru”
Ech... jak ja nie lubię tych kategorycznych deklaracji BEZ pokrycia...
A tak serio, serio - nie będzie zapewne, drogi Pottero, niczym niegrzecznym, jeżeli zapytam dlaczego uważasz "Ame Agaru" za film "nieambitny" zaś "Battle Royale" za "ambitny" ??? I może jeszcze - gdzie leży - Twoim zdaniem - granica między kinem "ambitnym" a "nieambitnym" ???



Pottero - Wt lut 07, 2006 9:12 am

Ech... jak ja nie lubię tych kategorycznych deklaracji BEZ pokrycia...
A tak serio, serio - nie będzie zapewne, drogi Pottero, niczym niegrzecznym, jeżeli zapytam dlaczego uważasz "Ame Agaru" za film "nieambitny" zaś "Battle Royale" za "ambitny" ??? I może jeszcze - gdzie leży - Twoim zdaniem - granica między kinem "ambitnym" a "nieambitnym" ???


Trudno jest je sprawiedliwie rozdzielić. „Ame agaru”, mimo iż na podstawie scenariusza Kurosawy, jest filmem, powiedzmy, radosnym, ale takim typowym ku pokrzepieniu serc (co na myśli miał prawdopodobnie Kurosawa, opatrując scenariusz swoimi zapiskami). Nie będę się sprzeczał, bo dla niektórych, np. Ciebie, jest to kino ambitna, dla mnie mniej. A „Battle Royale”? Mimo nagromadzenia akcji i mocnego przewrysowania, jest filmem, który może mieć w sobie krztynę czegoś proroczego. Dlaczego tak sądzę? Już dziś moje pokolenie i pokolenie moich rodziców jest dość sobie odległe, coraz trudniej im się porozumieć. Kto wie, co będzie za kilkaset lat? Czy wtedy rodzice skażą swoje dzieci na taki los, albo odwrotnie (zakładając, że nasza rasa będzie jeszcze żyła)? Granica pomiędzy „ambitnością” i „nieambitnością” jest u mnie dość cienka, trudno są w ogóle nekreślić.