Relacje Beatlesów z innymi zespołami/artystami lat 60.
Rita - Pn sie 02, 2010 1:39 am
Z jakimi artystami i zespołami w latach 60. przyjaźnili się Beatlesi? Z kim byli w mniej przyjaznych stosunkach? Wątek dyskusyjno-systematyzujący.
Kiedy myślę o przyjaźniach Beatlesów z innymi artystami okresu lat 60., niemal automatycznie nasuwają mi się na myśl -- niemal jednocześnie -- Bob Dylan i Rolling Stonesi. Wiadomo, że dobrze rozumieli się także z Erikiem Burdonem, Donovanem, Erikiem Claptonem, Hendriksem oraz The Byrds. Bywały jednak i takie zespoły, wobec których Beatlesi zachowywali się zdecydowanie mniej przyjaźnie, choćby The Hollies i The Kinks, lub z którymi nie utrzymywali bliższych stosunków, takie jak The Who.
Pozwolę sobie zacząć od Rolling Stonesów, bowiem często to właśnie Mick Jagger i spółka funkcjonują w powszechnej świadomości jako najwięksi rywale, a nawet wrogowie Beatlesów.
"Rywale" -- z tym jeszcze można by się zgodzić, może nie do końca pod względem stricte muzycznym (Stonesi od początku oscylowali jednak wokół trochę innych, bardziej rhytm'n'blusesowych klimatów), a bardziej jeśli chodzi o notowania na listach, sprzedaż płyt, wizerunek (good boys vs. bad boys, swoją drogą genialnie obmyślone przez managera Stonesów, Andrew Loog Oldhama, i podchwycone, a następnie z lubością katowane przez media). Z pewnością jednak nie "wrogowie" -- temu zaprzeczy każdy, nawet umiarkowanie poinformowany, fan obydwu grup. Ostatecznie, wrogom nie podarowywuje się utworu, by mogli oni polepszyć swoją pozycję na listach przebojów, jak to Beatlesi uczynili Stonesom w 1963 r. (I Wanna Be Your Man, która w wykonaniu RS doszła w listopadzie tegoż roku do 12 miejsca na brytyjskich listach przebojów). Wcześniej zresztą podpisanie kontraktu z mało komu znaną grupą The Rollin' Stones zasugerował Dickowi Rowe nie kto inny, lecz George Harrison, który wraz z szefem Decci zasiadał w maju 1963 roku w jury The Beat Group Talent Show, liverpoolskiego konkursu młodych talentów.
Na gruncie prywatnym członkowie obydwu zespołów darzyli się sympatią, czego dowody można znaleźć zarówno na okładkach płyt (lalka z napisem Welcome The Rolling Stones na okładce Sierżanta Pieprza, twarze czterech Beatlesów na okładce wydanego w tym samym roku LP Rolling Stonesów Their Satanic Majesties Request), jak i w archiwach telewizyjnych (zaproszenie Keitha Richardsa i Micka Jaggera na nagranie All You Need Is Love w 1967 roku, zaproszenie Johna Lennona na nagranie Rock'n'Roll Circus Stonesów w roku 1968) oraz na nagraniach obydwu zespołów (Brian Jones grający na saksofonie w You Know My Name (Look Up The Number), Lennon i McCartney w chórkach w rollingstonesowskim We Love You). W 1964 r. na przyjęcie urządzone z okazji premiery A Hard Day's Night nie chciano wpuścić Billa Wymana, Keitha Richardsa i Briana Jonesa, ponieważ zdaniem obsługi, byli oni niestosownie ubrani. "A jakie to ma znaczenie? To przyjaciele, wpuśćcie ich" - miał powiedzieć wówczas John.
Mick Jagger nazywał Beatlesów "czterogłowym potworem". W którymś z wywiadów podkreślił zresztą, że Beatlesi nadawali trochę jakby na innych falach, jak gyby posługiwali się jakimś znanym sobie tylko kodem: "Byli mili i tak dalej, jednak czuło się, że jest się autsajderem. Dzięki nim uświadomiłem sobie, że moja kapela to biznes, oni natomiast byli przyjaciółmi. Kiedyś, gdy powiedziałem do Johna, że ma fajną zapalniczkę, odpowiedział, że dostał ją od George'a na urodziny. Pomyślałem sobie wtedy, że ja nawet nie wiem, kiedy są urodziny Keitha Richardsa, a nawet gdybym wiedział, to nic bym mu na te urodziny nie podarował. Taka była między nami różnica i tego im zazdrościłem". John Lennon natomiast zazdrościł Stonesom ich nieugrzecznionego wizerunku. Rozgoryczenie Johna potęgował fakt, że to Rolling Stonesów zaczęto utożsamiać z cięższym, bardziej agresywnym brzmieniem, z którego Beatlesi słynęli za czasów Hamburga; tego Lennon nie mógł przeboleć. John był poza tym zdania, że Stonesi "ukradli" image, który pierwotnie należał do Beatlesów, a który ci drudzy zmodyfikowali następnie według wskazówek Briana Epsteina. "Stonesi w porównaniu z nami? Zmietlibyśmy ich ze sceny!" - powiedział kiedyś John.
Niemniej jednak Beatlesi, pytani w wywiadach o ulubionych artystów, zawsze wymieniali Rolling Stonesów. Mick Jagger i Keith Richards natomiast przyznawali niejednokrotnie, że to Beatlesi popchnęli ich do pisania własnych utworów. I nawet jeśli poirytowany John Lennon w 1970 r. stwierdził, że cokolwiek, co zrobili Beatlesi, Stonesi kopiowali w dwa miesiące później (użycie sitaru w Paint It Black, biała okładka Beggars Banquet, album Their Satanic Majesties Request nagrany w odpowiedzi na Sierżanta Pieprza, utwór You Can't Always Get What You Want, zdaniem części krytyków wyraźnie zainspirowany Hey Jude itd.), to materiały zdjęciowe z lat 60. i 70. dowodzą, że to chyba właśnie Lennona można było w towarzystwie Jaggera i spółki spotkać najczęściej... choć oczywiście nie tylko jego 
Rita - Pn sie 02, 2010 11:49 am
Bob Dylan -- jak dla mnie, przyjaźń Beatlesów z Dylanem jest największym symbolem zjawiska, które rozpoczęło się mniej więcej w połowie lat 60. i okazało się kluczowe dla dalszego rozwoju muzyki popularnej w tamtym okresie: wzajemnego przenikania się rocka (rock'n'rolla) i folku.
W 1964 roku, podczas pobytu Beatlesów w Paryżu, Paul McCartney przyniósł do hotelu zakupioną przez siebię płytę The Freewheelin' Bob Dylan. Cała czwórka -- ze szczególnym uwzględnieniem Lennona -- była pod ogromnym wrażeniem tego, co na tej płycie usłyszała, zwłaszcza, jeśli chodzi o warstwę tekstową. Krótko mówiąc, nasi chłopcy odkryli, że teksty utworów niekoniecznie muszą opowiadać o trzymaniu dziewczyny za rękę
Rita - Pn sie 02, 2010 12:48 pm
The Who -- w zasadzie to Beatlesi z The Who się raczej nie przyjaźnili (zdaje mi się, że ci drudzy kiedyś przyznali, że czuli się zbyt onieśmieleni ogromnym sukcesem liverpoolczyków), ale w latach 60. miał miejsce pewien zabawny incydent, który to w jednej ze swej książek na temat Keitha Moona opisuje Tony Fletcher. Otóż pewnego dnia perkusista The Who miał natknąć się na Beatlesów w jednym z londyńskich klubów i zapytać, czy może się do nich przyłączyć. Beatlesi sądząc, że Moon pyta po prostu, czy może się do nich dosiąść, zaoferowali mu krzesło. Keith wyjaśnił, że chodzi mu konkretnie o wstąpienie do grupy. Ringo podziękował, dodając, że Beatlesi już mają perkusistę 
The Byrds -- powstała w 1964 roku amerykańska grupa folk-rockowa, której członkowie byli wielkimi fanami Beatlesów - pisałam o tym trochę w tym wątku. Obie grupy spotkały się podczas pierwszego tournee Byrdsów po Anglii w lipcu 1965 roku. Spotkanie, do którego doszło w londyńskim klubie "Blazes", zostało zaaranżowane przez Dereka Taylora i z Beatlesów nie uczestniczył w nim Paul. Sami Byrdsi mówili potem, że aczkolwiek ze strony wielu osób w Anglii spotykali się raczej z chłodnym przyjęciem, to o Beatlesach mają same najlepsze wspomnienia. "Od początku byli fantastyczni i absolutnie nie spodziewaliśmy się, że przyjdą do klubu specjalnie po to, by nas poznać" - opowiadał Chris Hillman. Warto wiedzieć, że przed swoim pierwszym tournee w Anglii Byrdsi byli reklamowani jako "amerykańska odpowiedź na Beatlesów . Najwyraźniej jednak nie miało to negatywnego wpływu na przyjazne stosunki między obydwoma zespołami, bo kiedy w 1966 roku Beatlesi gościli w San Fransisco, doszło do kolejnego spotkania. Na konferencji przed -- jak się miało później okazać -- ostatnim koncertem Beatesów w historii, Lennon powiedział natomiast, że Byrdsi to ich ulubiona amerykańska kapela:
Pytanie: John, kogo lubisz najbardziej z amerykańskich grup?
John: Jest ich parę. Byrds, (Lovin') Spoonful, Mamas and Papas, chyba tak.
"To było niesamowite uczucie - powiedział zapytany o to Roger McQuinn - Poczułem się wspaniale, bo oto twoja ulubiona kapela mówi, że twój zespół jest jej ulubionym, to po prostu niewiarygodne".
Podczas konferencji David Crosby z Byrdsów siedział sobie zresztą w tle za Beatlesami, o co nie omieszkali zapytać dziennikarze:
Pytanie: A kim jest ten młody człowiek z tyłu za Wami po prawej stronie?
John: A to chyba stary dobry Dave?
Paul: Gdzie on jest?
John: To nasz kumpel Dave z Byrdsów. Cześć, chłopaki!
Paul: Jest nieśmiały.
Do obejrzenia tutaj od 3:18
Ciekawostka: wedle wielu relacji to właśnie David Crosby z Byrdsów pierwszy zwrócił uwagę George'a Harrisona na muzykę Ravi Shankara.
Donovan - O stosunkach Beatlesów z Donovanem wiem niewiele, ale na pewno to, że były przyjazne. Musiały być, skoro Donovan uczestniczył np. w nagraniu Yellow Submarine i był obecny podczas nagrywania A Day In The Life. On i Beatlesi spędzili także sporo czasu w Indiach, pobierając nauki u pewnego pana, który nie nazywał się Sexy Sadie, ale chyba w pełni zasługiwał na taką piosenkę. Tam też Donovan nauczył Johna swojej techniki gry na gitarze -- rezultat nauki do odsłuchania w utworze Julia.
Kilkadziesiąt lat później Donovan nagrał utwór do dokumentu o żonach Beatlesów: Lives of the Wives
The Hollies - piszę o nich, bo coś mi się przypomina taka sytuacja, o której zdaje się niegdyś czytałam (bo sama raczej nie wymyśliłam ), jakoby The Hollies w 1965/66 albo mieli sesję nagraniową na Abbey Road obok Beatlesów, albo właśnie skończyli i ustępowali studio Beatlesom... w każdym razie, Beatlesi mieli podobno Holliesów totalnie zlekceważyć - podobno jedynie z Paulem mogli ci drudzy sobie jako tako pogadać. Sytuacja możliwa, bo kiedy The Hollies nagrali cover If I Needed Someone (który był swoją drogą pierwszym w historii coverem utworu George'a), z którym nie dotarli nawet do Top20 brytyjskich list przebojów, Beatlesi (Lennon i Harrison zwłaszcza) nie szczędzili im gorzkich i złośliwych komentarzy.
If I Needed Someone w wersji The Hollies
Noelka - Pn sie 02, 2010 6:48 pm
Aniu! Swietna robota! Czyta się to wszystko rewelacyjnie. Jak tylko znajdę więcej czasu to dołączę do dyskusji, która mam nadzieję się rozwinie.
Rita - Pn sie 02, 2010 9:02 pm
Dziękuję Kasiu Udział w dyskusji mile widziany, bo ja przecież tematu na pewno nie wyczerpuję.
Najdłuzszy kawałek -- dot. Kinksów -- jeszcze przed nami.
Noelka - Wt sie 03, 2010 8:40 am
Mając chwilkę wspomnę o Brianie Jonesie. Czytając biografię Stonesów napisaną przez Daniela Wyszogrodzkiego wiele wspomniane jest o relacjach między Beatlesami a Stonesami. I tak na przykład Brian Jones bardzo zafascynował się fryzurami Wielkiej Czwórki. Miał na tym punkcie wielką obsesję, zaczął myć swoje włosy dwa razy dziennie, by wyglądać jak Beatlesi. Ponoć nawet wzięto go kiedyś za jednego z Beatlesów, chociaż nie wiem jak to możliwe, blondwłosy Beatles?
Wspomniane też jest o jakiejś prywatnej sesji nagraniowej Briana z Johnem Lennonem, która została skradziona w dniu śmierci Jonesa w jego posiadłości. Ktoś wie więcej na ten temat?
Rita - Śr sie 04, 2010 5:47 pm
Dokładnie tak było z tymi włosami. Obsesję Briana pogłębiał fakt, że prasa z lubością przypisywała Rolling Stonesom właśnie niemycie włosów i posiadanie wszy, więc Jones wziął sobie za punkt honoru zademonstrować, że owszem, Stonesi mogą sobie być paskudni, brzydcy i wulgarni, ale włosy to myją na pewno! I rzeczywiście Briana wzięto niegdyś na Beatlesa. Było to dokładnie po koncercie Beatlesów w Royal Albert Hall. Zdaje się, że Stonesi pomagali Beatlesom wynosić sprzęt. I wtedy jedna z fanek Fab Four dosłownie rzuciła się na Briana. Od tamtego momentu Brian dostał kolejnej obsesji -- odnieść taką sławę, jaką odnieśli Beatlesi. Ponoć przez całą drogę powrotną powtarzał, że tego właśnie chce... Ale co my się tu dziwimy z tą pomyłką -- w 1968 roku na targach MIDEM w Cannes za Lennona wzięto nikogo innego, tylko naszego Krzyśka Klenczona, który spacerował sobie po mieście w okularach przeciwsłonecznych. Co jak co, ale podobieństwo między Lennonem a Klenczonem w owym okresie było już raczej znikome . Bo że zdarzyło mu się to już wcześniej w 1963, to już się tak bardzo nie dziwię.
Jeszcze parę słów o Eriku Burdonie, gdyż on również przychodzi mi na myśl jako ten, który z Beatlesami swego czasu sporo imprezował. W każdym razie Burdon przyznał się kiedyś, że to on jest słynnym "eggmanem" z utworu I Am The Walrus. Tak miał go zacząć nazywać Lennon po tym, jak dowiedział się, że jednym z fetyszy Erica jest... rozbijanie jajek na ciałach nagich kobiet. Ha ha ha
Rita - Śr sie 04, 2010 8:28 pm
The Kinks
Beatlesi nie przyjaźnili się z Kinksami, co jest dla mnie dość przykre, bo Kinksi to mój nr 2 zaraz bo Beatlach, i trochę niezrozumiałe, bo Ray Davies był świetnym songwriterem i pewnie mogliby sobie po przyjaznemu rywalizować... a może Beatle mu w pewien sposób zazdrościli, co tłumaczy zachowanie Lennona opisane przeze mnie poniżej? Nie mam pojęcia, w każdym razie było to dziwne, sami zobaczcie .
W 1964 roku, krótko po tym, jak Kinksi wydali swój pierwszy hit - You Really Got Me - zaaranżowano ich w roli support bandu podczas dwóch koncertów Beatlesów. Mówiąc dokładniej, mieli otwierać drugą połowę imprezy i występować tuż przed głównym wykonawcą, a powiedzieć przy tym trzeba, że to dla każdego zespołu sytuacja chyba najgorsza z możliwych -- a co dopiero, jeśli tym głównym wykonawcą byli Beatlesi właśnie. Jeśli wierzyć relacji Raya Daviesa, podczas pierwszego koncertu, w Bournemouth Winter Gardens, Beatlesi mieli się zachować wobec Kinksów bardzo nieładnie. Było to tuż przed rozpoczęciem drugiej połowy, gdy za zasłoniętą kurtyną grupa szykowała się już do wyjścia na scenę. Wówczas pojawił się John i zainteresował się posiadanym przez Raya modelem gitary (był to Fender Telecaster). Zadawał Daviesowi mnóstwo związanych z nią pytań, a nawet posunął się do tego, że zaczął dotykać jej naciągów (czego podobno wśród muzyków się nie robi i ogólnie nie jest to często spotykane). "Może powinienem czuć się zaszczycony, że jeden z Beatlesów był łaskaw powiedzieć coś na temat nas czy naszych instrumentów, ale w tamtych okolicznościach poczułem się znieważony" - napisze Ray w swojej autobiografii. Następnie Lennon zaczął wyglądać przez kurtynę.Zirytowany Ray powiedział w końcu, że Beatlesi wkrótce będą mieli swój występ, ale teraz jest kolej Kinksów. John miał wówczas odpowiedzieć "Przy Beatlesach, mój drogi, nie istnieje coś takiego, jak wasza kolej. Jesteście tu tylko po to, żeby zająć czymś publiczność, dopóki my nie przejmiemy sceny"; po czym, odchodząc, dorzucił jeszcze: "Jak już skończą się wam piosenki, to pożyczymy wam którąś z naszych".
Ray: "Chciałem odkrzyczeć, że żadnej nie znam, ale światła już się ściemniły i otwierała się już kurtyna... Mieliśmy zaczynać".
Jeśli Lennon kiedykolwiek wypowiedział powyższe słowa, to musiało mu być potem głupio, bowiem aczkolwiek przez pierwsze minuty występu Kinksów widownia krzyczała "George, John, Paul, Ringo!", to gdy ci już zakończyli, można było usłyszeć "We want the Kinks!" Ogólnie szeptało się, że tego wieczoru Kinksi ukradli Beatlesom co nieco splendoru... I może właśnie dlatego podczas drugiego koncertu Brian Epstein postanowił nieco zmienić kolejność wykonawców, tak, aby przed Wielką Czwórką występował ktoś inny. Tym razem Kinksi mieli zamykać pierwszą połowę. Kiedy wychodzili już na scenę, Paul McCartney złapał Raya za ramię i krzyknął: "No, to chyba jesteś gwiazdą!" "Chyba tak" - odpowiedział Davies.
Cała ta sytuacja miała swój epilog podczas koncertu zwycięzców sondażu pisma The New Musical Express na najpopularniejszą grupę 1965 roku. Oczywiście wygrali ten sondaż Beatlesi, ale w odróżnieniu od tego, co zazwyczaj było przyjęte, tym razem to nie ich występ zamykał imprezę - zamykali ją Kinksi, którzy wracali z tournee po Danii i przegapili niemal cały show. Znowu niepiękna sytuacja... Występ Beatlesów był znakomity, a świadomość, że mają się wystąpić tuż po nich, była dla grupy braci Daviesów druzgocąca. "John, no po prostu nie możemy po Was zagrać" - powiedział do Lennona manager Kinksów, gdy Wielka Czwórka schodziła ze sceny. "Oto nasz rewanż za Bournemouth" - odrzekł Lennon. Chyba go tamten koncert musiał boleć...
Nieco inaczej przedstawia sprawę występu Kinksów po Beatlesach brat Raya, Dave: "Podczas tego koncertu Epstein zaczął nalegać, byśmy wystąpili bo Beatlesach i zamykali imprezę. Brzmiało to jak największy komplement, jednak ciężko było występować po Beatlesach. Gdy wyszliśmy na scenę, atmosfera wydawała się nijaka, ale po paru kawałkach, tłum zaczął krzyczeć tak, jak zwykle. Założę się, że gdyby Lennon żył dzisiaj, powiedziałby, że chcieli być przed nami, by zdążyć do domu przed szczytem; ja jednak myślę, że oni się nas trochę bali. Pamiętam, że przed koncertem oglądałem Beatlesów podczas próby dźwiękowej. Próbowałem pogadać z Lennonem, o gitarach i takich tam, ale on nie wydawał się zbyt zainteresowany i cały czas podgadywał, że nie życzy sobie, by ktokolwiek zabawiał się jego gitarą".
Żeby nie było, że tylko Beatlesi byli "tymi złymi", to Kinksi lubili między sobą naigrywać się z Paula McCartneya, którego uważali za bardzo nadętego. Nazywali go nawet... "Pullmycockoff". Z drugiej strony nie wiemy, co mają do powiedzenia na ten temat Beatlesi, bo nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek oni sami albo ich biografowie o Kinksach cokolwiek wspominali. Aczkolwiek według mnie zachowanie Johna w Bournemouth było takie... lennonowskie w negatywnym znaczeniu.
Trochę innych opinii o Beatlesach:
Ray: "Pete Townshend bardzo lubił rywalizować... Paul McCartney był jedną z najbardziej lubiących rywalizację osób, jakie kiedykolwiek spotkałem. Lennon nie; on uważał, że wszyscy inni są do d...".
Dave: "Bardzo lubiłem Lennona -- wydawał się zawsze taki cyniczny. Zawsze miałem wrażenie, że przenika go jakiś ból. Potrafiłem się z nim dogadać. Kiedy nie byłem na tyle naćpany, by nie wiedzieć, że jest obecny, zawsze wchodziliśmy ze sobą w sprzeczki. Pewnego razu podczas naszej rozmowy wstał od stolika i wyszedł, rzucając na odchodne: >>Ty cyniczny draniu! Jesteś chyba jedną z najobrzydliwszych osób, jaką spotkałem!<< Teraz, patrząc na to z perspektywy czasu, myślę, że powinienem był potraktować te słowa jako komplement".
Dave: "Początkowo (Lennon) był naprawdę duchową esencją swojej grupy. Bez jego złości, cynizmu i specyficznego punktu widzenia Beatlesi byliby tylko kolejnym popowym zespołem. Uważałem też, że Ringo jako perkusista był dość niedoceniany. Jako perkusista miał w sobie coś, co pasowało do tamtych czasow, zwłaszcza że wtedy było bardzo trudno znaleźć dobrych perkusistów, którzy by to mieli. Nawet teraz, kiedy jesteśmy w studiu, zdarza mi się powiedzieć do Boba, naszego perkusisty >>Dobra Bob, a teraz zrób Ringo!<< (...) Paul McCartney w tamtym czasie był nieco płytki. Zawsze uważałem, że jest trochę skryty. George Harrison był bardzo cichym facetem; podobała mi się jego gra, ale nigdy go dobrze nie poznałem. Nie utrzymywaliśmy zbyt wielu kontaktów z Beatlesami czy Stonesami, za wyjątkiem zwyczajowych spotkań albo pogawędek w klubach".
Dave: "Dowiedziałem się, że Wonderboy był jedną z ulubionych piosenek Kinksów Johna Lennona. Od czasu do czasu jadał w restauracji Aretusa na King's Road i podobno kazał im go grać wciąż od początku".
Noelka - Cz sie 05, 2010 1:17 am
Pullmycockoff po prostu miażdży
Dzięki Aniu!
Yer Blue - Cz sie 05, 2010 10:19 am
O, takie tematy to ja rozumiem. O wielu rzeczach nie miałem pojecia, np. o tej lalce z okładki Pieprza i dziesiatkach innych drobnostek.
Od siebie moge dodac, że Donovan najbardziej był zaprzyjaźniony z Paulem, i nie tylko brał udział w nagraniu "Yellow Submurine", ale i pomógł napisac do niego tekst - Sky of blue, and sea green,
In our yellow submarine wyszo spod reki Donovana. Macca w rewanżu gościł na jego płycie, szczegółów nie znam.
Bardzo mnie zaciekawiła lekcja gry na gitarze, Donovan musiał miec chyba spory wpływ na Johna, bo specyficzne brzdąkanie gitary w "Julii" przewija sie przez wiele późniejszych ballad Lennona.
Wiecej takich tematów!
PS. O Kinksach jeszcze nie czytałem.
Rita - Cz sie 05, 2010 10:27 am
Zajrzałam raz jeszcze do autobiografii Raya i w zasadzie przy pierwszej wzmiance o tym nie jest napisane, by uważali go za nadętego -- tak mi się coś kołatało po głowie, ale może to nieprawda. W każdym razie, taki przydomek Paula wśród Kinksów funkcjonował i wymyślił go perkusista zespołu, Mick Avory.
Żeby nieco złagodzic sytuację , to mamy tutaj trochę późniejszych Kinksów i ich utwór z 1978 roku pt. Somebody Stole My Car. Pod koniec piosenki nawiązanie do Beatlesów jest bardzo wyraźne. Zresztą, jak już kiedyś pisałam w wątku Znani, którzy lubią The Beatles, Ray napisał swój przepiękny utwór Waterloo Sunset kierując się podziwem dla Beatlesów. Od zatytułowania go "Liverpool Sunset" powstrzymał go fakt, że mniej więcej w tym samym czasie wyszedł singiel Penny Lane/Strawberry Fields Forever. Jak na ironię, zaledwie po tygodniu pobytu na pierwszym miejscu list przebojów singiel Bitli został strącony ze szczytu przez Waterloo Sunset właśnie.
Yer Blue - Cz sie 05, 2010 12:15 pm
Odcienek o Kinksach baaardzo ciekawy i dużo informacji o Lennonie. Najbardziej podbudowało mnie to:
Dave: "Początkowo (Lennon) był naprawdę duchową esencją swojej grupy. Bez jego złości, cynizmu i specyficznego punktu widzenia Beatlesi byliby tylko kolejnym popowym zespołem.
Mam nadzieje, że masz jeszcze w zanadrzu kolejne odcinki z koplania informacji, Rito
Mozna by coś wymyśleć z Elvisem i Fleetwood Mac.
Pennylane - Pt sie 06, 2010 11:31 am
Nawiązując do tego, co napisała Rita w wątku o The Who, muszę przyznać, że nie raz myślałam sobie... gdyby tak Beatlesi mogli mieć dwóch perkusistów...
zawsze chodziło mi o Keitha Moona rzecz jasna

Co więcej Keith Moon w imieniu Beatlesów odebrał przyznaną im nagrodę (prawdopodobnie 1975 r.) z takimi słowami:
I've got a telegram from the lads...'We finally made it Keith. And everybody that has given us this prestigious award is enhanced by the beauty of your receiving it for us.' I've got an open invitation to any other houses, so afterwards the best looking in the audience will be selected and will be going there for a late luncheon and an early breakfast.
Nagranie wideo 
Keith Moon i Zak Starkey
Ponadto Keith i Ringo zagrali wspólnie w takich filmach jak:
- 200 Motels (1971)
- That'll Be the Day (1973)
- Son of Dracula (1974)
- Sextette (1978)
Ringo pojawia się też w filmie dokumentalnym o The Who pt. The Kids Are Alright (1979)
Tutaj Ringo zachęca do obejrzenia filmu 
Jeśli się nie mylę, to powyższe zdjęcie pochodzi właśnie z dnia realizacji programu:
Brian Epstein i Keith Moon z żoną Kim.
Na koniec jeszcze trochę zdjęć Moona z Beatlesami.

Ostatnia wspólna fotografia Lennona i McCartneya (w środku Keith) zrobiona przez asystenta Moona- Dougala Butlera, kwiecień 1974
...z Ringo

...i z Paulem

6 września 1978 r. Keith gościł na przyjęciu wydanym przez Paula McCartneya z okazji premiery filmu The Buddy Holly Story. Zmarł następnego dnia.
Ale żeby nie kończyć takim smutnym akcentem dodam, że postaram się umieścić wypowiedzi innego członka The Who- Petea Townshenda, które tyczą się Beatlesów. Pasują do tego ś w i e t n e g o tematu
Rita - Pt sie 06, 2010 11:52 am
Coś mi się kojarzy, że Pete nie miał dobrego zdania o utworach Beatlesów, dokładniej o aranżacjach? W każdym razie, podobała mu się na pewno Eleanor Rigby. Odwrotnie niż Rayowi Daviesowi, któremu akurat ten utwór się nie podobał... ale o tym już, jak wrócę z wyjazdu
Yer Blue - Pt sie 06, 2010 12:50 pm
Od zatytułowania go "Liverpool Sunset" powstrzymał go fakt, że mniej więcej w tym samym czasie wyszedł singiel Penny Lane/Strawberry Fields Forever. Jak na ironię, zaledwie po tygodniu pobytu na pierwszym miejscu list przebojów singiel Bitli został strącony ze szczytu przez Waterloo Sunset właśnie.
Tak sie wtrące nie na temat jeszcze bo mi sie coś nie zgadza. Ten legendarny podwojny singiel słynny był równiez z tego, że zawedrowal na miejsce nr 2, jako chyba jedny za czasów panowania Beatlemanii, wiec tym samym stracony z pozycji lidera być nie mógł
A wracajac do tematu to bardzo brakuje jednej barwnej postaci - Erica Claptona.
Yer Blue - Pn sie 09, 2010 10:49 am
To ja dorzuce cosik o powiazaniach z grupa Fleetwood Mac.
Podobno Beatlesi interesowali sie tym zespołem, a Lennon był pod wielkim wrażeniem Peter Greena i jego gry na gitarze. Kiedyś wyznał nawet, że "Sun King" powstał pod wpływem utworu Fleetwood Mac - "Albatross", jako hołd dla FM i swojego mistrza. Trudno sie dziwić, że utwór Beatlesów jest niemal kopia, atmosferycznego stylu grania Greena. Lennon próbował nawet pozyskać FM do firmy Apple.
Jeszcze w jednym punkcie losy obydwu zespołów sie splatają, bowiem Mick Fleetwood - jeden z liderów zespołu poślubił siostre Pati Boyd - Jenny, tak wiec przez pewien czas George i Mick byli niemal rodzina. Mick twierdzi, że w tamtym okresie bardzo sie zakolegowali.
Rita - N sie 15, 2010 4:10 pm
Od zatytułowania go "Liverpool Sunset" powstrzymał go fakt, że mniej więcej w tym samym czasie wyszedł singiel Penny Lane/Strawberry Fields Forever. Jak na ironię, zaledwie po tygodniu pobytu na pierwszym miejscu list przebojów singiel Bitli został strącony ze szczytu przez Waterloo Sunset właśnie.
Tak sie wtrące nie na temat jeszcze bo mi sie coś nie zgadza. Ten legendarny podwojny singiel słynny był równiez z tego, że zawedrowal na miejsce nr 2, jako chyba jedny za czasów panowania Beatlemanii, wiec tym samym stracony z pozycji lidera być nie mógł
Pennylane - Pn sie 16, 2010 7:13 pm
Z chęcią pomęczę jeszcze temat o The Who

Program z 16 sierpnia 1964 r., Sunday Night At The Blackpool Opera House
We wspomnianym wcześniej filmie The Kids Are Alright pokazany jest fragment programu, w którym Townshend odpowiada na pytania dotyczące jakości muzyki. Pete mówi między innymi:
Po południu razem z Johnem [Entwistlem] słuchaliśmy longplaya Beatlesów w stereo, gdzie w jednym kanale słyszy się wokal, a w drugim ścieżkę instrumentalną. I jeśli słyszysz sam podkład bez wokali, to jest on naprawdę okropny.
Myślę, że warto przytoczyć obszerniejsze fragmenty Lennon We Wspomnieniach, gdzie głos zabiera Pete, a które mają bardziej przychylny ton
" (âŚ) zastanawiam się, co powiedzieć o Johnie, co będzie dla Ciebie ważne, człowieka, który trzyma w dłoni tę książkę i szuka czegoś, co można dodać do poczucia, że wie, iż John wywarł wpływ na świat. Mogę tu dodać tylko tyle, że nikt nie był od niego ważniejszy.
Spotkałem Johna niewiele razy. Po raz pierwszy w 1964 roku, kiedy The Who występowało w Blackpool w Anglii, jako support dla Beatlesów. Graliśmy przed kurtyną, za którą John grał razem z nami naszą kończącą występ piosenkę. Drugi raz miał miejsce znacznie później. Brian Epstein wezwał mnie z Ericem Claptonem do siebie, abyśmy pierwsi, istniejący równolegle na rynku muzycy, posłuchali Strawberry Fields Forever i Penny Lane, nowych piosenek, nagranych na ośmiościeżkowym magnetofonie. Pamiętam, że John się denerwował. Był z Cynthią, swoją pierwszą żoną, która wyglądała na bardziej rozluźnioną od niego. Kiedy wysłuchaliśmy nagrań, odjęło mi mowę. Eric przyszedł mi z pomocą: âźMożemy posłuchać jeszcze raz?â Kiedy nakrywano do stołu John zacytował coś z Goonsów* âźZarzućmy coś na rusztâ- zażartował. Jedliśmy. Rozmawialiśmy. Wyraźnie mu ulżyło, że âźnormalniâ ludzie jak ja i Eric dostrzegli, czego dokonał i spodobało im się to (âŚ)
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem Strawberry Fields, potem A day In The Life z albumu Sergeant Pepper, następnie I Am The Walus z Magical Mystery Tour, od razu pojąłem, że John jest geniuszem, który przeżył objawienie. Znalazł sposób na porozumienie się ze mną za pomocą świętych zagadek, abstrakcji, oraz obrazów z zasobów muzycznego impresjonizmu. Kiedy zaczął pracować z Yoko, jego pisarstwo stało się konkretniejsze, szło mniej w kierunku poetyckiej halucynogenii Alicji w Krainie Czarów, a bardziej ku poetyckiemu sumieniu społecznemu Woodyâego Guthriego. W przypadku Johna przemieszanie tych dwóch światów pozwoliło powstać kilku spośród najbardziej niesamowitych piosenek pop, jakie kiedykolwiek napisano.
Dla mnie z tego okresu jedna stoi ponad wszystkimi : Happy X Mas (The War Is Over). Muzyka jest bezczelnie âźbożonarodzeniowaâ, ale tak ponętna, nowa, dodająca otuchy i radosna⌠słowa prowokują i równocześnie wzruszają: przyszłość może wyglądać inaczej, zmiana leży w naszej mocy, ale musimy jej chcieć (âŚ)
Yoko uwypukliła geniusz Johna, który polegał na tym, że nie tylko był wielkim i wizjonerskim artystą w tym, co robił, ale także- w świecie popu i w międzynarodowym centrum rozrywki, jakim jest Nowy Jork- dobrym sąsiadem. Niewielu obdarzam tak wielkim komplementem."
* The Goon Show- brytyjski radiowy program komediowy z lat 1951- 1960
A tak na marginesie⌠Przychodzi mi na myśl luźne skojarzenie mówiące o drobnym podobieństwie między zespołami.
Zarówno w karierze The Beatles jak i The Who pojawia się postać duchowego przewodnika. Dla tych pierwszych, w pewnym okresie, był to Maharishi. W drugim przypadku- głównie dla Pete'a Townshenda, taką osobą był Meher Baba, którego działalność stanowiła inspirację dla powstania utworu Baba OâRiley z płyty Whoâs Next.
Nawiasem mówiąc- jednej z moich ulubionych
Rita - Pn sie 16, 2010 8:21 pm
Mozna by coś wymyśleć z Elvisem
Dobra myśl, bo chociaż Elvis był wielkim idolem Beatlesów, to chyba nie był z nimi w dobrych stosunkach. Niby wysłał telegram do Eda Sullivana a wcześniej starał się uniemożliwić im przyjazd... To słynne spotkanie z 1965 roku też takie nie bardzo było... Nie kojarzy mi się też, by z którymkolwiek z Beatli utrzymywał kontakty w latach 70.
Zdaje się, że Ty Noelko czytałaś książkę Elvis i Lennon: dzieje nienawiści. Może za jakiś czas mogłabyś nam o niej co nieco powiedzieć.
Mam nadzieje, że masz jeszcze w zanadrzu kolejne odcinki z koplania informacji, Rito
Specjalnie na Twoje życzenie, Piotrku 
Cilla Black -- o jej wspomnieniach odnośnie Beatlesów pisałam już kiedyś; można o tym przeczytać tutaj. Beatlesi ponadto podarowali jej sporo swoich kawałków, z których moim ulubionym jest It's For You. Uwielbiam także Step Inside Love, ale nie to w wersji ostatecznej, tylko tej tutaj, kiedy Paul przygrywa Cilli na gitarze.



Mary Hopkin - młodziutka walijska dziewczyna, zauważona przez Twiggy w programie Opportunity Knocks (o ile się nie mylę, było to w 1968) i zarekomendowana przez nią Paulowi McCartneyowi, który został producentem jej pierwszych singli (słynne Those Were The Days i Goodbye) oraz pierwszego longplaya. Nie wiem, czy Paul się z nią bardziej przyjaźnił, czy bardziej po prostu mentorował muzycznie, ale na zdjęciach z późnych lat 60. ta pani jest w otoczeniu Beatlesów dość często widoczna i warto o niej wspomnieć. A Postcard jest btw bardzo fajną płytą.


Helen Shapiro - nastoletnia gwiazda początku lat 60. o bardzo ciekawej barwie głosu. Najbardziej znana jako ta, na której koncerty w lutym 1963 roku przychodzili ludzie chcący posłuchać towarzyszącego jej support bandu o nazwie The Beatles. Trudno o bardziej wymowny symbol tego, co zaczynało się dziać w owym okresie -- spadku popularności artystów solowych na rzecz zespołów (o ironio, całkowicie wbrew słynnym słowom szefa Decci). Dla Helen, która do tamtej pory cieszyła się sporą popularnością, musiało to być dość bolesne, tym bardziej, że absolutnie nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw. Nie mniej jednak zaprzyjaźniła się z naszą Czwórką, a John i Paul specjalnie dla niej napisali utwór Misery. Niestety, do jego nagrania przez Helen nie doszło nigdy -- kawałek został odrzucony przez jej menedżera, zanim Shapiro w ogóle miała szansę go wysłuchać. Szkoda, jestem bowiem ciekawa, jakby Misery w wykonaniu Helen brzmiało. Ona pewnie też żałowała, chociaż jak sama przyznawała później, nie spodziewała się owej zimy 1963 roku, że Beatlesi będą tak sławni, gdyż panowało powszechne przekonanie, że cała ta muzyka popularna potrwa może z pół roku.
Nie posłuchamy sobie więc Misery w wykonaniu Helen, ale za to możemy sobie obejrzeć fragment programu Ready Steady Go z 1963 roku, w którym trzej Beatlesi "statystują" jej podczas utworu Look Who It Is.

Rita - Pn sie 16, 2010 8:34 pm
Pennylane, dzięki Ci wielkie za te cytaty z Townshenda. Jak jeszcze cos znajdziesz o relacjach Beatlesi-The Who, to śmiało wrzucaj Powtórzę, że swoją drogą to zastanawiające, że Lennon i McCartney nie przyjaźnili się zbyt mocno z dwoma oprócz siebie samych najlepszymi songwriterami tamtego okresu: Rayem Daviesem i Townshendem właśnie. Bo duet Jagger/Richards był według mojej prywatnej opinii trochę w tyle za tamtymi
Zarówno w karierze The Beatles jak i The Who pojawia się postać duchowego przewodnika. Dla tych pierwszych, w pewnym okresie, był to Maharishi. W drugim przypadku- głównie dla Pete'a Townshenda, taką osobą był Meher Baba, którego działalność stanowiła inspirację dla powstania utworu Baba OâRiley z płyty Whoâs Next.
To samo "rzuciło mi się w oczy", gdy oglądałam Amazing Journey: The Story of The Who !
I jeszcze jedna osoba, o której zapomnieć nie wolno: Klaus Voorman. O jego relacjach z Fabsami pisałam tutaj. Ten koleś to miał dobrze: dzwonił sobie do Beatlesów No hej, może przyjechałbym do Londynu, a ci No jaasne, możesz się u nas zatrzymać . I też sobie z Bitlami sporo poimprezował. I grał u Johna podczas koncertu Live Peace in Toronto w 1969 roku i u George'a w All Things Must Pass. Chyba grał także gdzieś u Paula, ale ja tu ekspertem nie jestem, może macho wiedziałby coś na ten temat? Oraz niejednokrotnie jeszcze u Johna. Takie kontakty pomimo jego nienajlepszego (jak sam przyznał w swojej książce) angielskiego. No i jak mu nie zazdrościć
Yer Blue - Wt sie 17, 2010 12:33 pm
Pennylane, ja równiez dziekuje za tego Townshenda. Znakomite. Mnostwo krzepiacych informacji, o których bym sie czasem nie domyslał. I nie wazne, że średnio lubie The Who.
Aniu, tez fajnie sie czytało.
"It's For You" to chyba moja ulubiona piosenka Paula, która on komukolwiek podarował. Jedno z moich niespełnionych beatlesowkich marzeń to usłyszec ja w końcu w wersji autora, bo przeciez musi byc gdzies jakieś demo Makki. Ja bym tak pieknej piosenki nie oddawal
Noelka - Śr sie 18, 2010 5:26 pm
Zdaje się, że Ty Noelko czytałaś książkę Elvis i Lennon: dzieje nienawiści. Może za jakiś czas mogłabyś nam o niej co nieco powiedzieć.
To prawda czytałam tę książkę, ale niewiele z niej pamiętam, było to dawno dawno temu. Słyszałam niepochlebne opinie o lekturze, że dużo w niej fikcji, mało faktów. Niestety książkę zostawiłam w Bydgoszczy.
Dobra myśl, bo chociaż Elvis był wielkim idolem Beatlesów, to chyba nie był z nimi w dobrych stosunkach. Niby wysłał telegram do Eda Sullivana a wcześniej starał się uniemożliwić im przyjazd... To słynne spotkanie z 1965 roku też takie nie bardzo było... Nie kojarzy mi się też, by z którymkolwiek z Beatli utrzymywał kontakty w latach 70.
Do spotkania z królem doszło 27 sierpnia 1965 roku, podczas drugiej trasy koncertowej po Stanach Zjednoczonych. Spotkanie trwało 4 godziny, doszło nawet do tzw. jam session, niestety nikt tego nie nagrał.
Jedyne znane zdjęcie z legendarnego spotkania Beatlesów z Elvisem:

Ponoć w lewym górnym kącie to Elvis.
Poniżej zdjęcie czarno białe, nieco okrojone, ale większe i widać wyraźnie na nim Lennona:

W wolnej chwili przepisałam z Antologii fragmenty wypowiedzi samych Beatlesów o spotkaniu z Elvisem:
PAUL: Pod koniec pobytu w Los Angeles poznaliśmy Elvisa Presleya. Staraliśmy się o to latami, ale nie mogliśmy się do niego dostać. Podejrzewaliśmy , że stanowimy dla niego oraz pułkownika Tona Parkera rodzaj zagrożenia i w sumie tak było. Wprawdzie staraliśmy się o spotkanie, ale zawsze zjawiał się tylko pułkownik Parker z kilkoma upominkami i na tym się kończyło. Nie czuliśmy się spuszczeni, uważaliśmy, że zasługujemy na spuszczenie. To był jednak Elvis, a kim my byliśmy, że chcieliśmy go poznać? W końcu jednak dostaliśmy zaproszenie, by odwiedzić go w Hollywood podczas kręcenia filmu.
JOHN: Zawsze byliśmy nie tam i nie wtedy, kiedy trzeba, by spotkać Elvisa. My poszlibyśmy wszędzie, ale było sporo zadęcia, żeby ustalić gdzie się spotkamy i w ile osób. Pozostawało to w gestii pułkownika Parkera i Briana.
GEORGE: Spotkanie z Elvisem było jednym z najważniejszych wydarzeń tej trasy. To zabawne, ale kiedy dotarliśmy do jego domu, zapomnieliśmy, dokąd jedziemy. Jechaliśmy cadillakiem po ulicy Mulholland i w samochodzie wypiliśmy âźtrochę herbatyâ. Nieważne było, dokąd jedziemy. Było jak w tekście komika Lorda Bucklyea: âźWchodzimy do wioski tubylców i zażywamy pejotl. Może nie wiemy wtedy gdzie my są, ale na pewno dowiemy się, kim sąâ. Dobrze się bawiliśmy, złapał nas atak wesołości. Dojechaliśmy do wielkiej bramy i ktoś powiedział: âźTaaa, zobaczymy Elvisaâ. Wypadliśmy z samochodu ze śmiechem, udając, że nie jesteśmy aż tacy głupi, jak rysunkowe postacie Beatlesów.
JOHN: To było bardzo podniecające, byliśmy zdenerwowani jak diabli i spotkaliśmy go w jego wielkim domu w Los Angeles. Prawdopodobnie ten dom był tak duży jak ten, który wynajmowaliśmy, ale wydawało się nam, że widzimy âźwielki dom wielkiego Elvisaâ. Miał wokół siebie wielu ludzi, tych, którzy kiedyś obok niego mieszkali (podobnie było z nami, zawsze mieliśmy wokół siebie tysiące ludzi z Liverpoolu, więc on był taki sam jak my). Miał też stoły do gry w bilard! Może tak jest w większości amerykańskich domów, ale nas to zdziwiło, bo było jak w nocnym klubie.
RINGO: Byłem tym wszystkim mocno podniecony. Mieliśmy szczęście, bo było nas czterech, więc każdy miał kogoś do towarzystwa. Dom był bardzo duży i mroczny. Gdy weszliśmy, Elvis siedział na kanapie przed telewizorem. Grał na basie, co po dziś dzień wydaje mi się bardzo dziwne. Wokół niego było pełno facetów. Powiedzieliśmy: âźCześć Elvisâ. Był dosyć nieśmiały i my też byliśmy trochę onieśmieleni, ale w pięciu się rozruszaliśmy. Czułem, że to spotkanie było większym przeżyciem dla nas niż dla niego.
PAUL: Zaprosił nas do środka i był świetny. No wiesz, to był Elvis. Wyglądał jak Elvis. Wszyscy byliśmy jego zagorzałymi fanami, więc podziwialiśmy go, i to bardzo. Powiedział: âźHalo, chłopaki, czego się napijecie?â. Usiedliśmy i zaczęliśmy oglądać telewizję. Elvis miał pilota, pierwszego jakiego widzieliśmy w życiu. Kierowałeś go w stronę telewizora i bach! To jest Elvis! Przez cały wieczór puszczał numer âźMohair Samâ, który był w szafie grającej.
JOHN: Telewizor grał non stop. Ja też tak robię, wszyscy mamy zawsze włączone telewizory. Nie patrzymy na ekran. Gra włączony bez dźwięku, bo słuchamy płyt. Przed telewizorem Elvis miał potężny wzmacniacz basowy z podłączoną gitarą basową. Elvis grał na basie, a na ekranie przelatywały obrazki. Weszliśmy i zagraliśmy z nim. Podłączyliśmy , co było pod ręką, śpiewaliśmy i graliśmy. On miał, tak jak ja, szafę grającą, ale wyłącznie ze swoimi hitami. Może gdybym miał tyle hitów co on, to w mojej też byłyby tylko moje płyty.
PAUL: To, że on grał na basie, było dla mnie czymś świetnym. No i było tak: âźEl, pozwól, że pokażę Ci parę patentówâ. Nagle on był moim kumplem. To był dla mnie idealny temat do rozmowy. Mogłem mówić o basie i cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Był świetny â rozmowny, przyjacielski i trochę nieśmiały. Miał taki image â tego oczekiwaliśmy i na to liczyliśmy.
JOHN: Początkowo nie mogliśmy go rozgryźć. Spytałem, czy ma pomysły na nowy film, a on nosowo odrzekł: Jasne, że machm. Grachm chłopaka ze wsi, który po drodze spotyka parę dziewczyn i śpiewcham kilka piosenekâ. Spojrzeliśmy na siebie. Wreszcie Presley i pułkownik Parker zaczęli się śmiać, wyjaśniając, że kiedy raz odeszli od takiej formuły kręcąc film Wild in the Country, od razu stracili na nim pieniądze.
JOHN: Spotkanie z Elvisem było bardzo miłe. No wiesz, to był tylko Elvis. Zagrał parę piosenek, a my graliśmy na gitarach. Było świetnie. Nie rozmawialiśmy na konkretne tematy, po prostu graliśmy sobie. Nie był popularniejszy od nas, ale był âźtym kimśâ. Nie był zbytnio rozmowny, to tyle.
Wydawał się nam normalny, pytaliśmy go o filmy i o to, dlaczego nie występuje w TV. Uważam, że bardzo lubi kręcić filmy. My byśmy nie znieśli braku występów. Zanudzilibyśmy się, my się szybko nudziliśmy On mówił, że trochę mu tych występów brakuje. Jest normalny. Był świetny, zupełnie taki, jak się spodziewałem.
PAUL: To było jedno z najwspanialszych spotkań z mojego życia. Myślę, że nas polubił. Przypuszczam, że wtedy czuł się nieco zagrożony, ale nic o tym nie mówił. My na pewno nie czuliśmy żadnego antagonizmu.
To tyle o spotkaniu.
Teraz trochę o powiązaniach Elvisa z polityką. Piosenkarz był w prostej linii potomkiem Isaiaha Harrisona, prapradziadka słynnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Abrahama Lincolna. To jednak nie jedyna rodzinka "Króla" w Białym Domu. Presley był dalekim kuzynem prezydenta Jimmy'ego Cartera.
Wokalista miał również okazję korespondencyjnie poznać prezydenta Richarda Nixona. Artysta poprosił przywódcę Ameryki o mianowanie go... tajnym agentem do spraw handlu narkotykami! W odpowiedzi Nixon wysłał Elvisowi specjalny odznakę funkcjonariusza Bureau of Narcotics and Dangerous Drugs.
Niestety Elvis zachował się brzydko wobec Beatlesów, ponieważ próbował zabronić im pobytów w Ameryce stwierdzając, że są "nieamerykańscy i zażywają narkotyki".
RINGO: Najsmutniejsze jest to, że wiele lat po później dowiedzieliśmy się, iż Elvis próbował zabronić nam pobytu w Ameryce, bo miał dobre układy z FBI. Dla mnie to jest bardzo smutne, iż poczuł się tak zagrożony, że jak wielu Amerykanów uznał nas za zły przykład dla amerykańskiej młodzieży. To on, Mr Hips, ten facet, jak on mógł uznać nas za groźnych? Byliśmy groźni jedynie dla niego i jego kariery.
PAUL: Widziałem słynne zapisy z taśm Nixona, w których Elvis próbuje sprzedać nas, The Beatles! Jest zapisane jak mówi i to komu! â Nixonowi: âźCóż, sir Beatlesi są bardzo nieamerykańscy i zażywają narkotykiâ. Muszę przyznać, że poczułem się przez niego nieco zdradzony. To żart, że my braliśmy narkotyki, ale zobacz co się z nim stało. Zastali go na sedesie z masą narkotyków! Było to smutne, ale nadal go kocham, szczególnie z tego wczesnego okresu. Wywarł na mnie wielki wpływ.
W sumie słowa Johna najlepiej oddają to co się stało z Elvisem:
JOHN: Elvis naprawdę zmarł w dniu wstąpienia do wojska. Wtedy go zabili, a reszta to żywa śmierć.
Elvis nagrał kilka coverów The Beatles:
Get Back
http://www.youtube.com/watch?v=4JWKdowfYAg
Something
http://www.youtube.com/watch?v=FC2iT_yp-n4
Yesterday i Hey Jude
http://www.youtube.com/watch?v=gKp0V6lJHpk
Pennylane - Pt sie 20, 2010 1:16 pm
Tekst o Elvisie jest świetny!

JOHN: (...) On miał, tak jak ja, szafę grającą, ale wyłącznie ze swoimi hitami. Może gdybym miał tyle hitów co on, to w mojej też byłyby tylko moje płyty.

Wyjątkowo podoba mi się grafika z Lennonem z hamburskiego okresu pt. Śniadanie z Johnem 
Sam autor tak opowiada o utrwalonej na rysunku sytuacji:
"Beatlesi często grali do czwartej, piątej albo szóstej rano i szli spać, kiedy mogli. Jeśli nie pójdzie się do łóżka przed siódmą rano, zazwyczaj chce się spać do trzeciej. Było to jak całodzienna praca- choć w ich wypadku, raczej całonocna (...) Na końcu takiej szychty chłopcy byli bardzo zmęczeni i zazwyczaj padali prosto do łóżek (...) Jeśli byli jeszcze na chodzie, szli gdzieś jeść. W ten sposób przesiadywaliśmy u Haralda, w Chung Ou albo w innej z wielu kawiarni. Wówczas aby dopasować się do pory dnia, należało zjeść śniadanie. Było to zazwyczaj bardzo zabawne.
Tuż przed załamaniem ludzie się nakręcali i zachowywali dość idiotycznie. Pewnego razu John wpadł w trakcie śniadania (...) był w połowie opowiadania jakiejś śmiesznej historyjki, machał podniecony zapalonym papierosem, kiedy nagle zamilkł, coś burknął i głowa opadła mu na pełen talerz. Roześmiałem się, sądząc, że to kolejny jego âźtypowyâ żart, ale nie poruszał się. Miał zamknięte oczy, ciężko oddychał. Zaczął chrapać. Rozejrzałem się, nie wiedząc, co począć- też byłem dość zmęczony. Przestraszyłem się nawet, czy nic sobie nie zrobił, bo nóż leżał tuż przy jego oku. Kiedy zobaczyłem, że z papierosa, którego wciąż trzyma w palcach, spada popiół, postanowiłem go tak zostawić. W końcu się obudzi- pomyślałem- kiedy papieros sparzy go w palce. Zacząłem myśleć o leżącym na talerzu wspaniałym smażonym jajku. (...) Boże, o czym to ludzie nie myślą, kiedy pojawia się nieoczekiwana sytuacja! Po kilku minutach obudził się, zaczął kląć jak szewc na poparzone palce i zaczął jeść sadzone jajko, jakby nic się nie stało.
Zimne jak cholera! "
Znów skorzystałam z książki Lennon We Wspomnieniach.
Cieszę się, że poprzednie cytaty z Townshenda dobrze się âźsprzedałyâ
A więcej grafik autorstwa Klausa Voormana można obejrzeć TUTAJ
Noelka - Pt sie 20, 2010 7:00 pm
Dzięki za te rysunki, są genialne. Przypomniało mi się, że też mam książkę Lennon we wspomnieniach(dzięki wielkie za cytaty), nawet jej jeszcze nie przeczytałam, bo kupiłam ją w okresie, gdzie byłam bardzo zajęta, i kurczę, zostawiłam ją w Bydgoszczy. Ech, ale jeszcze nic straconego.
Super, że temat dalej się rozwija
Rita - So sie 21, 2010 6:04 pm
Wow, jakie piękne rozwinięcie tematu! Dzięki dziewczyny 
Przy pisaniu posta korzystałam z książki Clapton. Autobiografia (wyd. polskie 2007) w tłumaczeniu Jarosława Rybskiego.
Noelka - N sie 22, 2010 6:50 pm
Chciałam tylko dodać, że Eric Clapton zagrał na płycie Harrisona âźWonderwallâ wydanej w 1968 roku. Clapton zagrał jako Eddie Clayton w utworze âźSki-ingâ. Jako ciekawostkę dodam fakt, że pseudonim wymyślił Ericowi sam Ringo Starr.
Inną ważną rzeczą do odnotowania jest występ trójki Beatlesów na weselu Erica i Pattie. Zacytuję fragment z książki Zdzisława Pająka âźEric Clapton â Pielgrzym Rockaâ:
âź27 marca w Arizonie odbył się ślub, a prawie dwa miesiące później â 19 maja 1979 roku â wesele Erica i Pattie. Wśród gości weselnych nie zabrakło znakomitości świata RockânâRolla. Mick Jagger i Charlie Watts patrzyli, jak na zaimprowizowanej estradzie Paul McCartney, Ringo Starr i George Harrison zagrali swemu przyjacielowi wiązankę standardów. Kto wie, co by było, gdyby na wesele przyjechał John Lennon. Ale on od dawna skłócony z Maccą zapowiedział âAlbo ja, albo Paulâ. I z tego powodu, do jedynej chyba okazji występu kwartetu âźThe Beatlesâ â nic nie wyszło. Chociaż nieco później w rozmowie telefonicznej z Claptonem, Lennon przyznał, że gdyby wiedział, iż zanosi się na wspólny występ to pewnie, by jednak przyjechał.â
Pennylane - Cz sie 26, 2010 11:45 am
Po tak porządnej dawce Claptona 
Tym razem z resztą The Who
W ostatnim odcinku trójkowych audycji o Lennonie była mowa o tym, że podczas straconego weekendu John na kilka miesięcy zamieszkał razem z Harrym Nilssonem, Ringo Starrem i Keithem Moonem właśnie. Cytując prowadzącego: Co zdumiewające... budynek przetrwał
Rita - N sie 29, 2010 8:00 pm
Cytując prowadzącego: Co zdumiewające... budynek przetrwał
Zdjęcie The Who z Keithem w beatlesowskim T-shircie ŚWIETNE. Ciekawe, że nikt z pozostałych "Ktosiów" nie oponował, że Keith tak otwarcie konkurencję promuje .
A propos, właśnie przeglądałam na Google Books Amazing Journey: The Life of Pete Townshend i znalazłam tam wypowiedź Pete'a, o której już kiedyś mówiłam, czyli:
"Jedynym Beatlesem, co do którego podejrzewałem, że mógłby mieć ze mną cokolwiek wspólnego, był Paul McCartney... Podoba mi się to, co mówi i lubię jego piosenki. Są one moim głównym źródłem inspiracji -- tak jak wszystkich. Moim zdaniem Eleanor Rigby była ogromnym krokiem naprzód. Z pewnością zainspirowała mnie do pisania i słuchania rzeczy w tym stylu".
Pete udzielił tej wypowiedzi w styczniu 1967 roku.
A wracając do Rolling Stonesów, to gdzieś kiedyś wyczytałam taką oto historię:
W sierpniu 1968 roku w jednym z londyńskich klubów Rolling Stonesi zorganizowali imprezę, mającą promować ich nadchodzący singiel Street Fighting Man. Wśród zaproszonych gości znalazł się m.in. John Lennon, a wkrótce pojawił się też Paul McCartney. Miał ze sobą świeżutki egzemplarz SP Hey Jude/Revolution i zamierzał podarować go również obecnemu w klubie sesyjnemu muzykowi Nicky Hopkinsowi, jako że ten zagrał na pianinie elektrycznym na stronie "B" singla. Trzeba nadmienić, że cała sytuacja miała miejsce jeszcze przed premierą ww. singla Beatlesów.
Wcześniej tego wieczoru Hopkins sporo opowiadał Keithowi Richardsowi o mającym się wkrótce ukazać singlu Wielkiej Czwórki, chwaląc zwłaszcza ostre brzmienie gitar w Revolution. Dlatego też kiedy Mick Jagger dowiedział się, że Paul ma ze sobą egzemplarz tegoż krążka, zaczął namawiać go, aby pozwolił mu go puścić. Paul spojrzał na Johna, który wzruszył ramionami i zgodził się. Krążek został więc dostarczony DJowi, a sam -- już nieco wstawiony -- Mick zapowiedział utwór na stronie A jako "Hey Judy".
Kiedy w klubie wybrzmiały obie strony singla, zapadła martwa cisza, a Mick Jagger podobno po prostu stał w ciężkim szoku, z otwartymi ustami. Keith Richards podszedł do Lennona i powiedział pół-żartem: "Czy wy zawsze, do k***y nędzy, musicie być lepsi od nas?!" Wiadomo było, że utwór Stonesów po prostu już nie ma szans. Od tamtej pory wszyscy chcieli już tylko słuchać Revolution i Hey Jude, wciąż od nowa.
Ciężko musiało być czasami oddzielić przyjaźń od interesów
PS A jeszcze co do The Who...
Nawiązując do tego, co napisała Rita w wątku o The Who, muszę przyznać, że nie raz myślałam sobie... gdyby tak Beatlesi mogli mieć dwóch perkusistów...
Oj, to by chyba było niewykonalne Ostatecznie, Beatlesi byli przyzwyczajeni do Ringo grającego sobie grzeczniutko z tyłu, bez zbytniego zwracania niczyjej uwagi, tymczasem Keith Moon był chyba jedynym perkusistą, którego się OGLĄDAŁO. The Who zresztą często dawali go na sam przód sceny A poza tym, co by później zrobił Keith bez koncertowania...
Pennylane - Pn sie 30, 2010 10:19 am
Z moim tokiem myślenia to mogłabym chyba pisać historię świata (albo przynajmniej historię muzyki) na nowo 
A odnośnie relacji Beatlesów z piękniejszą częścią artystycznego świata
Podobno Cass kochała się w Lennonie; kiedyś pisałam tu zresztą o coverze I Call Your Name, w którym szepcze ona imię "John" -- według niektórych, właśnie na cześć Lennona.
Chodzi mi o to nagranie http://www.youtube.com/watch?v=-2JLPKlghaI (dokładnie od 8:07)
Fragment konferencji prasowej Beatlesów z 1966 r. :
- John, znasz Cass z The Mamas and The Papas?
- Tak. Jest świetna. Jesteśmy umówieni na wieczór.
A ja się zastanawiałam dlaczego zapytali go akurat o Cass
Rita - Pn sie 30, 2010 11:32 am
2) McCartney za życia obwołany zostałby świętym (przez fanów z przedziału 6- 12 lat) To mi wyszło z równania: Moon 'plus' Lennon w jednym zespole 'razy' ten stereotypowy wizerunek grzecznego Beatle Paula
3) A Harrison⌠Właśnie, gdzie jest George? Czy ktoś widział Georgeâa? No tego małomównego (znów stereotyp, cóż)
Najbardziej spodobały mi się te dwa punkty z Twojej "alternatywnej historii rocka"
Przy Moonie (i częściowo Townshendzie) problem z utrzymaniem uwagi publiki miewali w końcu i Daltrey, i Entwistle
Ale Keith pasowałby do Beatli co najmniej z jednego powodu -- miał dwie takie same literki w nazwisku .
Yer Blue - Cz wrz 02, 2010 1:15 pm
Temat rozkwita i dobrze sie czyta ( w wolnych chwilach pisze poezje )
Do głowy przyszedł mi jeden cholernie wazny zespół lat 60-tych, w tym okresie bardzo do Bealesów stylistycznie podobny i jeden z niewielu (a moim zdaniem jako jeden jedyny), który mogł sie tak naprawde równac poziomem z Beatlesami:
PINK FLOYD
Zgrzeszyliśmy, że jeszcze nic o nich nie wspomnieliśmy. Uprzejmnie prosze o wyszparanie jakichś ciekawostek na temat punktów stycznych Floydów z Beatlami
Kilka dni temu gdzieś wyczytałem, że Floydzi w tym samym czasie i w tym samym miejscu - w studio przy Abbey Road - nagrywali swoj słynny debiut co Beatle jeszcze słynniejszego Pieprza. Podobno pierwszy raz spotkali sie podczas miksów do "Lovely Rita". Wiadomo równiez, że John i Yoko byli na jednym z koncertów Floydów w Londynie co dokumenuje DVD, a Gilmour gościł na płycie Back To The Egg Wingsów i dzielił z Paulem scene, bodaj w 99 roku na jednym szczegolnym koncercie.
I tutaj bardzo mnie ciekawi: co Beatlesi sadzili o muzyce Floydów? Czy jakoś na nich wpłyneła? (z moim obserwacji wynika, że tak - Flying, Blue Jay Way czy Magical Mystery Tour sa tego najlepszymi przykładami). Jeśli ktoś zna jakies ciekawe wypowiedzi Beatlesów, bede wdzieczny.
Kto wie, co by było, gdyby na wesele przyjechał John Lennon. Ale on od dawna skłócony z Maccą zapowiedział âAlbo ja, albo Paulâ. I z tego powodu, do jedynej chyba okazji występu kwartetu âźThe Beatlesâ â nic nie wyszło. Chociaż nieco później w rozmowie telefonicznej z Claptonem, Lennon przyznał, że gdyby wiedział, iż zanosi się na wspólny występ to pewnie, by jednak przyjechał.â
Ciekawe. Było tak BLISKO.
Pennylane - Wt wrz 14, 2010 11:01 am
Natknęłam się gdzieś na wypowiedź Rogera Watersa, gdzie stwierdza, że Lennon to najlepszy poeta drugiej połowy XX w. (nie jest to dokładny cytat, ale myślę, że zachowałam sens wypowiedzi)
Pink Floyd - Let There Be More Light i znajomy beatlesowski cytat:
Oh, my, something in my eye - eye
Something in the sky - sky
Waiting there for me
The outer hatch rolled slowly back
The service men were heard to sigh
For there revealed in glowing robes
Was Lucy in the sky
Roger Waters â 501 AM (The Pros And Cons Of Hitch Hiking)
The Eastern seaboard spread before my eyes
"Jump" says Yoko Ono
"I'm too scared and too good looking" I cried
"Go on", she says
"Why don't you give it a try?
Why prolong the agony all men must die"
The body on the plain
Did you understand the music Yoko
Or was it all in vain?
A skoro mowa o sesji do Back to the Egg Paula to (pewnie jestem monotematyczna ) dodam, że udział wzięli w niej też m. in. Pete Townshend i Kenney Jones (drugi perkusista The Who, wcześniej Small Faces). Co ciekawe (tak ciekawe, że aż powtórzę za Wikipedią) W wywiadzie z 2001 roku dla stacji VH1 Paul przyznał, że Keith Moon także miał wziąć udział w nagraniach, lecz zmarł miesiąc przed sesją.
Yer Blue - Wt wrz 14, 2010 3:00 pm
Natknęłam się gdzieś na wypowiedź Rogera Watersa, gdzie stwierdza, że Lennon to najlepszy poeta drugiej połowy XX w. (nie jest to dokładny cytat, ale myślę, że zachowałam sens wypowiedzi)
A ja gdzies czytałem, że Waters uważał Johna za jedynego wiekszego geniusza od siebie, bo znany jest ze swojej skromnosci, typu "Pink Floyd to ja" W holdzie dla Johna wykonał Across The Universe.
A skoro mowa o sesji do Back to the Egg Paula to (pewnie jestem monotematyczna ) dodam, że udział wzięli w niej też m. in. Pete Townshend i Kenney Jones (drugi perkusista The Who, wcześniej Small Faces). Co ciekawe (tak ciekawe, że aż powtórzę za Wikipedią) W wywiadzie z 2001 roku dla stacji VH1 Paul przyznał, że Keith Moon także miał wziąć udział w nagraniach, lecz zmarł miesiąc przed sesją.
W sesji byli też obecni muzycy Led Zeppelin. Całe szczeście, że John Bohnam załapał sie na nia, bo już nie dużo mu zycia zostało; był tez John Paul Jones. Sesja dotyczyła tylko dwoch utworów z płyty: Rockestra Theme i So Glad To See You Here, jest materiał który wystep i cała ta impereze supergrupy dokumentuje.
Apropos Led Zep, w czasach najwiekszego zagubienia, czyli około 74 roku nasz George troche imprezował z muzykami Led Zeppelin. Na jednej z nich, kompletnie pijany wrzucił kogoś do basenu i zainicjował spora rozrube, zdaje sie wszyscy skończyli skapani w wodzie. To chyba było jakies przyjecie urodzinowe z tego co pamietam.
Iwo - Pn wrz 20, 2010 12:46 am
Apropos Led Zep, w czasach najwiekszego zagubienia, czyli około 74 roku nasz George troche imprezował z muzykami Led Zeppelin. Na jednej z nich, kompletnie pijany wrzucił kogoś do basenu i zainicjował spora rozrube, zdaje sie wszyscy skończyli skapani w wodzie. To chyba było jakies przyjecie urodzinowe z tego co pamietam.
dementuje
Pennylane - So wrz 25, 2010 12:31 pm
THE BEACH BOYS
Brian Wilson:
"Gdy zobaczyliśmy, jaki sukces odnieśli Beatlesi, spotkaliśmy się i zadaliśmy sobie pytanie: Co z tym zrobimy? Przyćmił nas zespół The Beatles z Londynu.
Mój Boże... Ależ im zazdrościliśmy. Może to nas jakoś zainspirowało, może sprawiło, że zaczęliśmy tworzyć lepszą muzykę niż The Beatles"
Carl Wilson:
"Byłem tak zachwycony I Want To Hold Your Hand, że nie spałem całą noc, bo nie miałem płyty z tą piosenką, a ciągle chciałem jej słuchać. W radiu grali ją co godzinę"
Nie wiem czy poszczególni członkowie The Beatles i The Beach Boys kiedykolwiek się spotkali, ale z pewnością, w sferze muzyki, oddziaływali na siebie wzajemnie.
Wiadomo, że McCartney wskazywał na album Pet Sounds jako na źródło inspiracji podczas pracy nad Pepperem, a George Martin stwierdził, że nagrywanie Sierżanta było próbą dorównania albumowi Beach Boysów.
Wypowiedzi obydwu Panów można przeczytać tu: http://www.brianwilson.com/brian/musicians.html
Z kolei Brian Wilson mówił, że kiedy zaczął nagrywać Pet Sounds, to właśnie beatlesowska Rubber Soul, była dla niego największą (choć może w nieco przewrotny sposób) muzyczną motywacją:
"Kiedy usłyszałem Rubber Soul powiedziałem: To jest płyta koncepcyjna, posłuchajcie jakie to wszystko spójne. Ja zrobię coś dokładnie odwrotnego, stworzę wspaniały album, w którym każdy utwór będzie inny. Ale naprawdę Rubber Soul mnie zainspirował, to był album, który przedstawiał ewolucję muzyki od czasów kiedy jeszcze nawet nie byliśmy ludźmi (...) I dalej coś kosmosie, ciałach niebieskich, małej przestrzeni zwanej życiem, do której człowiek wcisnął muzykę z orbitalnej sfery, za której to pomocą każdy może poczuć cząstkę nieznanego świata.
A w oparciu o inną wypowiedź Briana Wilsona można (z przymrużeniem oka) zaryzykować wniosek, że po wysłuchaniu Girl, I'm Looking Through You i Michelle wystarczyło zasiąść do pianina i napisać God Only Knows
macho - So wrz 25, 2010 2:37 pm
Apropos Led Zep, w czasach najwiekszego zagubienia, czyli około 74 roku nasz George troche imprezował z muzykami Led Zeppelin. Na jednej z nich, kompletnie pijany wrzucił kogoś do basenu i zainicjował spora rozrube, zdaje sie wszyscy skończyli skapani w wodzie. To chyba było jakies przyjecie urodzinowe z tego co pamietam.
Znam tą historie z trochę innym scenariuszem. Rzecz miała mieć miejsce w 1973 roku podczas świętowania 25 urodzin perkusisty Led Zeppelin - Johna Bonham'a. Jak głosi legenda, George miał sprowokować swoim zachowaniem rzucając tortem z zgromadzonych czy coś w tym stylu. Wtedy to Bonham ponoć wpadł w szał i zacząć wrzucać do basenu kogo tylko mógł wychwycić (w tym George'a i Patti)
Co o tym sadzisz Iwo?
pozdrawiam
macho
macho - So wrz 25, 2010 3:27 pm
A w oparciu o inną wypowiedź Briana Wilsona można (z przymrużeniem oka) zaryzykować wniosek, że po wysłuchaniu Girl, I'm Looking Through You i Michelle wystarczyło zasiąść do pianina i napisać God Only Knows Zrobię malutki off-top i wrzucę wspólne wykonanie tego utworu przez Briana i Paula, podczas koncertu Adopt-A-Minefield w 2002 roku. Jak podkreśla w wywiadach McCartney - to jeden z jego ulubionych kawałków
http://www.sendspace.com/file/5eadpc
pozdrawiam
macho
Yer Blue - Pn wrz 27, 2010 1:53 pm
Apropos Led Zep, w czasach najwiekszego zagubienia, czyli około 74 roku nasz George troche imprezował z muzykami Led Zeppelin. Na jednej z nich, kompletnie pijany wrzucił kogoś do basenu i zainicjował spora rozrube, zdaje sie wszyscy skończyli skapani w wodzie. To chyba było jakies przyjecie urodzinowe z tego co pamietam.
Znam tą historie z trochę innym scenariuszem. Rzecz miała mieć miejsce w 1973 roku podczas świętowania 25 urodzin perkusisty Led Zeppelin - Johna Bonham'a. Jak głosi legenda, George miał sprowokować swoim zachowaniem rzucając tortem z zgromadzonych czy coś w tym stylu. Wtedy to Bonham ponoć wpadł w szał i zacząć wrzucać do basenu kogo tylko mógł wychwycić (w tym George'a i Patti)
Pennylane - Cz wrz 30, 2010 9:18 pm
(...) wspólne wykonanie tego utworu przez Briana i Paula, podczas koncertu Adopt-A-Minefield w 2002 roku. Jak podkreśla w wywiadach McCartney - to jeden z jego ulubionych kawałków
Co za duet! Akurat ja słucham tego wykonania z przyjemnością.
Nie wiem czy poszczególni członkowie The Beatles i The Beach Boys kiedykolwiek się spotkali (...)
Odpowiem sobie że i owszem
Znalazłam informacje, o kilku spotkaniach muzyków, np. w sierpniu 1965 r. w czasie występów w Portland, Carl Wilson i Mike Love odwiedzili Beatlesów w ich garderobie. Takich spotkań (między pojedynczymi członkami zespołów) zarówno na scenie jak i poza nią, było więcej, ale chyba nigdy nie zaaranżowano spotkania obydwu grup w pełnym składzie u szczytu ich popularności.
Myślę, że warto wspomnieć o tym, że Mike Love w tym samym czasie, co Beatlesi, przebywał w Rishikesh w Indiach. Mówił, że tam właśnie nieznacznie pomógł McCartney'owi, gdy ten zagrał mu Back in the U. S. S. R Jak sam przyznaje, Paul był niezwykle kreatywny i nie potrzebował pomocy przy układaniu tekstu, ale Mike poddał mu pomysł na pewien fragment piosenki (ten gdzie mowa o Ukraine girls and Moscow girls )
Sam McCartney mówił, że w tej piosence, chciał uzyskać brzmienie The Beach Boys, a główną inspiracją był utwór California Girls. 4 lipca 1984 r. Ringo dołączył w tym numerze do Beach Boysów podczas koncertu w Miami. Nie udało mi się znaleźć żadnego zapisu, a szkoda.
Pennylane - Cz wrz 30, 2010 10:16 pm
THE WHO
Okazuje się, że The Who (w pojedynczym przypadku, ale jednak ) wywarli wpływ na Beatlesów.
Przytoczę fragment wywiadu, który wykorzystany został w jednym z odcinków porannej trójkowej audycji.
Paul McCartney:
"Helter Skelter powstał pod wpływem artykułu w Melody Maker, w którym zespół The Who opowiadał o jednym ze swych nagrań. W sumie nigdy się nie dowiedziałem, o którym i nigdy go nie słyszałem. Określili je mianem najgłośniejszego, najdzikszego, najbrudniejszego rock'n'rolla w ich karierze. Od razu sobie pomyślałem- no to się pościgamy kto zagra głośniej. I z tego właśnie wziął się Helter Skelter. Wszystko przez to jedno zdanie."
Ach, ten Paul
Piosenką, o której w ten sposób opowiadał Townshend była I Can See For Miles
(...) podczas straconego weekendu John na kilka miesięcy zamieszkał razem z Harrym Nilssonem, Ringo Starrem i Keithem Moonem właśnie. Cytując prowadzącego: Co zdumiewające... budynek przetrwał
Darmowy hosting zapewnia PRV.PL